Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań 1946. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań 1946. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Pierścionki i marzenia



Gdy skończyły z piwnicą, Regina postanowiła zająć się ogrodem. Z żalem i dezaprobatą patrzyła, jak jest zaniedbany i zarośnięty. Leje po bombach i okop powstały tuż przed końcem wojny, ale już na pierwszy rzut oka widać było, że całym ogrodem od dawna nikt się nie zajmował. Agrest, który rósł wzdłuż jednej z alejek, wypuścił dzikie pędy tworząc chaotyczną plątaninę gałęzi, przez którą trudno było się przedrzeć. Wszędzie rozpanoszyły się chwasty i zdziczałe krzaki, na miejsce kwiatów i ozdobnych krzewów. A zniszczone pergole przed domem nie mogły utrzymać pnących drzewek różanych, z których Regina była kiedyś taka dumna. Połamane drzewa owocowe i kikuty okaleczonych choinek były równie przygnębiającym widokiem, jak podziurawione pociskami i odłamkami ściany domu.
- Ten ogród to cmentarz - powiedziała kiedyś ze smutkiem Regina.
Nie zamierzała się jednak poddawać. I już pod koniec lata widać było efekty jej pracy. Zniknęły dzikie zarośla, a na ich miejsce znowu pojawiły się uporządkowane grządki i klomby. Pewnego dnia Janka obserwowała matkę pracującą w ogrodzie. Przez krótki moment wydało jej się, jakby znowu wróciła do czasów dzieciństwa. Stoi w oknie swojego pokoju na piętrze, a Regina przycina róże. Za chwilę wróci ojciec, a one razem z Basią pobiegną na dół go przywitać. Zjedzą wspólnie wyborny obiad, którego zapach już unosi się w całym domu. Później Julian zacznie skręcać papierosy przy małym stoliczku, a Regina rozsiądzie się wygodnie w fotelu z kolejnym romansem Rodziewiczównej w dłoniach. I będzie go czytała aż głowa bezładnie opadnie jej na podbródek i zapadnie w popołudniową drzemkę. A wtedy Julian z czułością okryje ją ciepłym pledem, zaś dziewczynki zabierze na przechadzkę, by jej nie obudziły. Ta fala wspomnień skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Janka dostrzegła z bólem, że w obrazie matki w ogrodzie nie ma już prawie nic, co by przypominało tamte lata sprzed wojny. Regina była teraz znacznie chudsza, zmizerowana i przygarbiona. Włosy, przypruszone siwizną, mimo że upięte, nie układały się już w błyszczące, eleganckie fale. Janka przypomniała sobie też, że wcześniej Regina nigdy nie rozstawała się ze swoją biżuterią. Szczególnie z pierścionkami, których nie zdejmowała nawet do pracy w ogrodzie. Pierwszy: pierścionek zaręczynowy- złoty, z potężnym brylantem otoczonym misternie rzeźbionym koszyczkiem. Julian przywiózł go Reginie z Rosji. I do Rosji pierścionek wrócił. Sprzedały go za dwadzieścia litrów mleka. Drugi: złoty z dużym szafirem. Po jego bokach umieszczono jeszcze po trzy mniejsze granatowe kamienie. Też sprzedany za jedzenie. Trzeci: cienki pierścionek z platyny z dwoma delikatnymi brylancikami. Regina obiecywała, że Janka dostanie go, gdy skończy osiemnaście lat. Na Syberii nikt go nie chciał, bo był niepozorny, a niewykształcone chłopki nie słyszały nigdy o platynie. Pierścionek, wrócił z nimi do Polski, ale Janka nigdy go nie dostała. Musiały go sprzedać, żeby wyremontować dach domu. Ten sam los spotkał złoty łańcuszek z krucyfiksem, który Janka dostała w prezencie na chrzciny. Ważył dokładnie dwanaście gramów. Na fundusz remontowy przeznaczyły też pierścionek z perłą, który Janka dostała od cioci Zosi już po powrocie do Polski. Tylko złotego łańcuszka z medalikiem przedstawiającym Matkę Boską Karmiącą, Regina nie pozwoliła sprzedać. Przetrwał z nimi cały okres wojny i zesłania.
- Dopóki Ona jest z nami, nie umrzemy z głodu - mawiała matka Janki.
Był jeszcze jeden pierścionek, przeznaczony dla Basi. Złoty z malutkimi brylancikami otaczającymi jeden większy brylant. Jance zawsze bardzo się podobał i zazdrościła siostrze, że to ona ma go dostać, na co Regina śmiała się:
- Głupia jesteś! Przecież platynowy jest dużo więcej wart. Ten będzie dla Baśki, bo jest młodsza.
Ale w końcu żadna z nich go nie dostała. Sprzedały go, bo ładnie błyszczał w Kazachstanie, gdy Regina była w obozie. Na jedzenie wymieniły też wtedy, złoty naszyjnik z turkusami oprawionymi w delikatną rozetę i dwie srebrne bransoletki. 

Janka początkowo próbowała jeszcze namówić matkę, żeby sprzedały działkę z ruiną domu na Winogradach. Wyczytała gdzieś w gazecie, że można starać się o przydział nowego mieszkania, ale Regina nie chciała tego w ogóle słuchać. Nie ufała komunistycznej władzy. Bez względu na koszty i wyrzeczenia była zdeterminowana, żeby odbudować dom, który był przecież wspólnym dziełem jej i Juliana. Dlatego też przez następnych kilka miesięcy wydeptywała ścieżki w rozmaitych urzędach i instytucjach. Szukała murarzy, dekarzy i nadzorców budowlanych. Napisała też niezliczoną liczbę listów do bliższych i dalszych krewnych, prosząc o wsparcie.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Odbudowa domu



Trzeciego dnia Wanda wynajęła furmankę. Załadowały na nią cały swój mizerny dobytek i wszystko, co dostały w darach od krewnych i znajomych. Znalazła się tam m.in. westfalka, czyli mały piecyk na węgiel, który teraz pełnił także rolę prowizorycznej kuchni. Wystarczyło wybić dziurę w ścianie i podłączyć się do komina w piwnicy. Gdy wszyscy byli zajęci sprzątaniem, Wanda zabrała się za pieczenie i już po godzinie w pomieszczeniu rozszedł się cudowny zapach jabłkowego ciasta. Ta drobna namiastka prawdziwego domu niezwykle podniosła wszystkich na duchu. W dodatku była to pierwsza szarlotka, jaką Janka jadła od lat. Smakowała wyśmienicie!

Gdy pod wieczór uporały się już z wysprzątaniem i wymalowaniem piwnicy, przyszła kolej na skompletowanie jakichś mebli. Baśka znalazła gdzieś w kącie stare krzesło od biurka, z wyłamanym oparciem. Miały też dwie części tapczanu, których niestety nijak nie dało się do siebie dopasować, ponieważ skrzynia na pościel należała wcześniej do innego mebla niż siedzisko. Był jeszcze stół, na którym przed wojną pani Błaszczykowa rozkładała pranie do prasowania i jakieś dwa zydelki. Janka z Basią spały na materacu ustawionym na kilku cegłach pod ścianą, a Wandzie, ponieważ była niewysoka, przypadło stare dziecięce łóżko, które dostały od sąsiadów. Swój "salon" oddzieliły zasłoną od dalszej części piwnicy, gdzie grasowały myszy i szczury. Gdy jakiś odważniejszy osobnik próbował sforsować tę barierę, Ziuta, która panicznie bała się gryzoni, rzucała w niego kamieniami albo zgniłymi ziemniakami. W takich spartańskich warunkach przeżyły do późnej jesieni. Od czasu do czasu odwiedzał je ktoś z bliższej rodziny. Dalsi krewni przysyłali pieniądze i najrozmaitsze rzeczy pierwszej potrzeby. Nie było jednak czasu na spotkania, obiady i podwieczorki, jakie mieli w zwyczaju przed wojną. Każdy zaoszczędzony grosz Regina przeznaczała na odbudowę domu. Najwięcej pomógł im finansowo brat Reginy, Tadeusz oraz  siostrzeniec Juliana, Zygmunt, który chciał w ten sposób spłacić wobec nich dług wdzięczności, zaciągnięty kilkanaście lat wcześniej, gdy Julian łożył na edukację jego i jego młodszego brata. Gdyby nie oni, Reginie na pewno nie udałoby się przeprowadzić tak kosztownego remontu. Zresztą i tak musiała zaciągnąć kredyt, który spłacały jeszcze przez wiele lat.
Co jakiś czas przychodziły też do nich paczki z Ameryki, od przyjaciółki Reginy, Wandy Kazowskiej. Kochana ciocia Wanda, która już przed wojną obsypywała je prezentami, teraz wysyłała ubrania, kawę, herbatę, czasem trochę pieniędzy. Los obszedł się z nią jednak równie okrutnie. W 1939 roku razem z siostrą wyjechały do Nowego Yorku na Wielką Wystawę Światową. Prezydent Roosvelt otwierając ją wygłosił przemówienie o przyszłości wolnej od wojen, a działo się to na kilka dni po tym, jak w niemieckim Reichstagu Hitler wykrzyczał swoje żądania wobec Polski i innych krajów europejskich. Wojna wybuchła zanim siostry Kazowskie zdążyły wrócić do Polski. Wanda nigdy już nie zobaczyła bliskich i ukochanego kraju. W listach do Reginy często pisała o swojej samotności i tęsknocie. Potrafiła przez dwie godziny jeździć metrem za kobietą, która z wyglądu przypominała jej przyjaciółkę. Aż pewnego dnia listy i paczki przestały przychodzić. Dopiero kilka lat później Regina dowiedziała się od znajomej, że Wanda nie żyje, a ostatnie miesiące przed śmiercią spędziła w szpitalu psychiatrycznym lecząc depresję.     

niedziela, 5 lipca 2015

Dom na zgliszczach



Zaraz po śniadaniu, razem z Wandą, wyruszyły na Winogrady. Z tramwaju wysiadły przy zawalonym wiadukcie nad dawną ulicą Kohleisa. Po prawej stronie sterta gruzów i groteskowo powyginanych szyn kolejowych przypominała wciąż o wojnie. Po lewej natomiast, aż do Parku Sołackiego, ciągnęła się długa aleja, wysadzana kasztanami. Dawniej chodziły tam razem z ojcem karmić kaczki i łabędzie. Na to wspomnienie Janka poczuła silny skurcz w gardle. Spojrzała na matkę i zrozumiała, że myślą o tym samym. A drzewa, choć okaleczone, stały niewzruszone, jak gdyby nic się nie zmieniło od ich ostatniego spotkania.
Dalej poszły już na piechotę, bo odkryte wojskowe ciężarówki, zastępujące w mieście autobusy, jeździły tu bardzo rzadko. Gdy tylko znalazły się na wysokości fortu Winiary, zobaczyły przedsmak tego, co czekało je wkrótce. Cała ulica była w opłakanym stanie. Wszędzie leje po bombach, pościnane drzewa i domy podziurawione pociskami jak ser szwajcarski. Wiele z nich nadal nie miało drzwi i okien. Pozawalane dachy i rozsypujące się ściany, odsłaniały puste wnętrza. Janka ściskała dłoń matki i czuła, że z każdym krokiem nogi coraz bardziej się pod nią uginają. Szły w milczeniu. Nawet gadatliwa z natury Wanda nie odzywała się ani słowem. Te półtora kilometra, które miały do przejścia ciągnęło się w nieskończoność.
Kiedy wreszcie doszły na miejsce, Regina tylko westchnęła i oparła się ciężko na ramieniu córki. To była istna rozpacz. Janka patrzyła na poszarpane odłamkami artyleryjskich pocisków ściany i zastanawiała się jak to możliwe, że w ogóle jeszcze stoją. Drzwi wejściowe były zatrzaśnięte, ale w ścianie obok ziała wielka dziura prowadząca do kuchni, przez którą można było bez trudu wejść do środka. Ktoś nawet przyniósł jakąś deskę, która pełniła funkcję rampy. Na piętrze zarwany narożnik dachu oparł się o podłogę pokoju, a salon straszył pustymi oczodołami okien. W ogrodzie dwa ogromne leje po bombach zastąpiły równe grządki i rabaty. Kiedy Janka spytała ze zdziwieniem o pościnane choinki, Wanda odparła ze łzami w oczach, że to ludzie z okolicy powycinali je przed ostatnią Gwiazdką.
- Wszystko zabierali. Wszystko! Ja próbowałam coś ratować, ale nie miałam, gdzie tego przewieźć – szlochała, jakby czuła się winna, że tak mało mogła im pomóc – Zobaczcie, już nawet ściany zaczęli rozbierać – powiedziała wskazując na stertę cegieł między kuchnią a łazienką.
Janka nie potrafiła wydobyć z siebie słowa. Stała tak, nie wiedząc czy bierze w niej górę zdumienie, czy złość na to, co je spotkało. Na ludzką chciwość i bezduszność. Przecież ciotka  mówiła tym ludziom, że nie umarły, że niedługo tu wrócą. Dlaczego więc okradali je nawet z tych marnych resztek, które im pozostały? Potrafiła zrozumieć pokrętną moralność obywateli sowieckich, którzy kradli jedzenie i oszukiwali władze kołchozów, żeby przeżyć i nakarmić swoje dzieci. Ale tego, co zobaczyła tutaj, nie potrafiła i nie chciała rozumieć. To była zwyczajna podłość! Z osłupienia wyrwały ją dopiero niespodziewane słowa matki:
- Nic to, Wandziu. Nie ma co płakać. Przeprowadzamy się. Póki jeszcze te sępy wszystkich ścian nie rozebrały!
Janka spojrzała na Reginę z nieskrywanym przerażeniem. Przeprowadzamy się? Ale dokąd? Przecież tu nie było ani jednego pomieszczenia, które nadawało się do zamieszkania. Regina, widząc jej nieme pytanie, odparła:
- Chodź Janka, sprawdzimy, może na dole coś się uratowało. Przez sześć lat mieszkałyśmy po różnych ziemiankach i innych norach, to możemy na razie zamieszkać w piwnicy. 

Nie zdążyły jednak jeszcze wejść do środka, gdy nie wiadomo skąd, pojawił się obok nich młody chłopak. Chociaż bardzo wyrósł i zmężniał, odkąd widziała go po raz ostatni, Janka od razu go rozpoznała.
- Wojtek! - zawołała uradowana. On również ją poznał i podbiegł, chcąc uściskać i wycałować. Był to jej kompan z dzieciństwa, syn państwa Wiśniewskich, którzy mieszkali po sąsiedzku. Regina bardzo się obruszyła widząc takie nieprzyzwoite zachowanie i zatrzymała go niemal w pół kroku. Speszony chłopak szybko się wycofał i tylko kurtuazyjnie cmoknął dziewczynę w rękę. Po tym wszystkim czego Janka o  kwestiach damsko-męskich nasłuchała się i naoglądała w Kazachstanie, takie purytańskie zachowanie matki trochę ją rozbawiło, ale nie śmiała powiedzieć tego głośno. Zauważyła bowiem, że odkąd wysiadły z pociągu, Regina, momentami sprawiała wrażenie, jakby te sześć lat zesłania przydarzyło się komuś innemu. I ciągle napominała córki, a szczególnie Basię, by nie zapominały o odpowiednim zachowaniu i ogładzie. A przecież musiała zdawać sobie sprawę, że przez założenie czystej sukienki i nowych butów nie może, ot tak, wykreślić połowy ich dzieciństwa spędzonego w brudzie, braku higieny i dobrych manier. Mimo to Janka, jak zwykle, starała się sprostać jej wymaganiom, więc dygnęła teraz grzecznie przed Wojtkiem i spytała o jego rodziców. Oboje na szczęście żyli i mieli się dobrze. Pan Wiśniewski wrócił z oflagu w Niemczech i dowodził teraz jednostką saperów, oczyszczających miasto z min i niewypałów.
- Jakby panie tylko czegoś potrzebowały, to my z Tatą, zaraz pomożemy - zaofiarował się chłopak, idąc z nimi do ogrodu, gdzie oprócz lejów po bombach, wzdłuż domu ciągnął się jeszcze długi okop, którym niemieccy żołnierze przemieszczali się w czasie walk o Cytadelę.
Zajrzały do środka. Teraz pełno w nim było różnorakich śmieci i gruzu zwożonego przez okolicznych mieszkańców, którzy porządkowali swoje posesje. Widząc to Regina nie wytrzymała:
- Jak ja znajdę tego, co mi taki śmietnik z mojego ogródka zrobił...
Słysząc te słowa Wojtek aż cały poczerwieniał i patrząc na swoje buty zaczął się niepewnie tłumaczyć.
- Pani Nietupska... Bo te śmieci... Ja nie chciałem! Ja nie wiedziałem, że ktoś wróci...
- No pięknie - załamała ręce Regina patrząc na niego z dezaprobatą - Teraz, to ty mi się tu już nie wykręcaj, co ty wiedziałeś, a czego nie. Co się stało to się nie odstanie, ale swój gruz zabieraj, bo ja mam tu dostatecznie dużo własnego, żeby cały ten rów nim zasypać!
Wojtek solennie przyrzekł, że zaraz weźmie się do roboty. Natomiast w ramach rekompensaty za swoje wcześniejsze, haniebne zachowanie, zaproponował, że wymaluje im całą piwnicę, żeby mogły w niej zamieszkać.

Gdy weszli do domu przez dziurę w kuchni, okazało się, że na podłodze w salonie leżą dwa duże granatniki.
- To panzerfausty! - zawołał Wojtek i poważnym tonem eksperta oświadczył, że trzeba je czym prędzej usunąć. Regina zdecydowała więc, że zgłoszą się w tej sprawie do pana Wiśniewskiego, a na razie zabroniła ich ruszać.    
Stromymi schodkami zeszli do ciemnej piwnicy. Tutaj, podobnie jak w całym domu, panował zupełny chaos. Wszędzie leżały sterty gruzy, walały się jakieś szmaty i inne śmieci. Jedyna różnica polegała na tym, że miały nie cieknący dach nad głową. Przed wojną była tu pralnia i suszarnia, w której pani Błaszczykowa, w wielkiej kadzi, prała ubrania, a później krochmaliła pościele i obrusy. Była tam też spiżarnia z półkami, na których w równych rządkach pyszniły się słoiki z najróżniejszymi przetworami Reginy. Dżemy agrestowe i porzeczkowe, musy jabłkowe, soki, przeciery, a także ogórki kiszone, grzybki marynowane i kandyzowane owoce. W niszy pod ścianą stał wielki gliniany garnek, który już od wczesnego lata zapełniał się owocami zalewanymi rumem. Był to sławny runtopf- specjalność Reginy. Proces jego przygotowania był bardzo długi i pracochłonny. W czerwcu trafiały do niego soczyste truskawki, później słodkie wiśnie, maliny i czerwone porzeczki. Pod koniec sierpnia zaś mirabelki i gruszki, a jako ostatnie pod koniec września, dorodne śliwki. Wszystko to leżakowało w rumie i cukrze aż do Bożego Narodzenia. I dopiero wtedy, gdy owoce były już odpowiednio nasączone alkoholem, Regina serwowała je jako pyszny dodatek do lodów i deserów.
Teraz wszędzie na podłodze i na półkach walały się łuski i naboje. Janka z Basią zbierały je później garściami do wiaderek i wrzucały do jednego z lejów bombowych w ogródku. Duże, małe, grube, cienki, krótkie i podłużne. Były wymownym dowodem na to, jak zacięte walki tu prowadzono. W największym pomieszczeniu piwnicznym, gdzie wcześniej składowano koks i węgiel na opał, ku wielkiej rozpaczy Janki, znalazły stertę popalonych i zbutwiałych książek. Były to resztki ich wspaniałej biblioteki, którą w tak barbarzyński sposób potraktowali zapewne niemieccy lokatorzy już na początku wojny. Janka przejrzała skrupulatnie cały stos, ale nie odnalazła ani jednej książki w całości. Nawet grube, obite tkaniną okładki rozpadały jej się w dłoniach.