Kolejne miesiące upływały
na monotonnych zajęciach domowych. Marusia Frałowa pracowała cały dzień biurze
selsowietu jako księgowa, a Janka w tym czasie zajmowała się jej synkami, domem
i ciężarną jałówką. Dawno już zapomniała o czasach, gdy do woli mogła się
oddawać zabawom dziecięcym. Czasami tylko wracała do tych wspomnień, opowiadając
maluchom o zabawkach, jakie sama posiadała przed wojną. O szmacianej
Ferdynandzie, która przyjechała prosto z Paryża razem ciocią Wandą Kazoską.
Ubrana w długą, balową suknię, miała ślicznie malowaną porcelanową buzię i
burzę loków na głowie. Była większa od Janki, więc Janka często sadzała ją w
fotelu i traktowała jak przyjaciółkę. Obie z Basią miały też tak zwane
Shirlejki. W latach trzydziestych o takich lalkach, wzorowanych na postaci
małej holiwoodzkiej gwiazdki, marzyły wszystkie dziewczynki. Obie lalki były
podobne do siebie jak dwie krople wody. Ubrane w niebieskie sukienki, z
krótkimi blond loczkami i wielkimi kokardami na głowach. Dziewczynki miały też
jedną lalkę-niemowlaka, którą zawijały w stare tetrowe pieluchy i woziły w
wiklinowym wózku-gondolce na spacery. Ale ukochaną lalką Janki była oczywiście
Wandzia, która co roku na Boże Narodzenie otrzymywała nową kreację i miała prawdziwe
włosy, które można było czesać i układać.
Miejscowe dzieci słuchały
tych opowieści z otwartymi ustami. Żadne z nich nigdy nie miało lalki w pięknej
sukience, ani takiej, którą można czesać i przebierać. Same chodziły w
łachmanach i tak samo ubrane były ich gałgankowe lale, jeśli w ogóle jakieś
posiadały. Kokardy, loki i falbanki istniały tylko w ich wyobraźni i w
opowieściach młodej Polki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
jeśli zainteresowała Cię ta historia lub chciałbyś się podzielić swoją, chętnie wysłucham