W lecie niemal całe życie koncentrowało się wokół Irtysza. Kobiety
zanosiły tam wygotowaną w ługu bieliznę, bo woda z rzeki była lepsza do
mycia i prania niż woda ze studni. Najpierw energicznie pocierały o
pofałdowaną powierzchnię metalowej lub drewnianej tary, a później
płukały w rzece. Większe i grubsze sztuki odzieży kładły na kamieniach i
polewały wodą uderzając drewnianymi kijankami aż pozbyły się zabrudzeń.
Młodsze dzieci taplały się w wodzie w pobliżu matek, a starsze pływały
i nurkowały robiąc wokół straszny harmider. Miejscowi chłopcy wspinali
się często na wysoki brzeg Irtysza, zrzucali ubrania i zupełnie
nagusieńcy na łeb na szyję rzucali się do wody. Robili przy tym mnóstwo
wrzasku i ochlapywali wszystkich w okolicy. Dziewczynki, chociaż ubrane
dla przyzwoitości w długie koszule, nie pozostawały im dłużne. Janka
także chciała brać udział w tych zabawach, ale Regina była temu
początkowo przeciwna. Zgodziła się dopiero gdy wujek Józef obiecał
nauczyć bratanicę pływać. Najpierw wyplótł z sitowia dwa małe pływaki,
które miały jej pomóc utrzymać się na powierzchni. Później pokazał jej
jak ma się poruszać. Janka wchodziła do rzeki w jednym miejscu, a
później spływała z prądem w dół i wychodziła na brzeg kilkanaście metrów
dalej. Wracała brzegiem do tego samego punktu i znowu płynęła z nurtem.
Wszędzie tam, gdzie brzeg Irtysza był płaski, latem wyrastały długie
grządki ogrodów warzywnych. Gdy przychodziły roztopy rzeka rozlewała się
niczym morze, wszędzie tam, gdzie nie zatrzymywały jej wysokie skarpy.
Ale gdy w czerwcu, ustępowała pod wpływem pierwszych upałów,
pozostawiała połacie niezwykle żyznej gleby. Wtedy powstawały bachcze,
czyli ogrody. Wytyczano grządki, a dzięki głębokim bruzdom w ziemi, w
których zbierała się wilgoć, roślin nie trzeba było podlewać przez całe
lato. Mieszkańcy kołchozów hodowali tam ziemniaki, ogórki i pomidory,
ale też wspaniałe kawony, arbuzy, melony i dynie, które później
dojrzewały w spiżarniach, najróżniejszych komórkach lub po prostu w
domach pod łóżkami gospodarzy. Irtysz wyznaczał odwieczny rytm pór roku.
Żywił ludzi i zwierzęta i pozwalał im przetrwać zarówno gorące lata jak
i mroźne zimy. Między kwietniem a listopadem stawał się też ważnym
traktem komunikacyjnym, którym pływały barki i statki pełne towarów i
podróżnych. Bliskość rzeki sprawiała, że życie w tej niegościnnej
krainie stawało się trochę bardziej znośne.
Ogrody były jednym z niewielu miejsc, gdzie zesłańcy mogli znaleźć jakąś
pracę. Ponieważ wiosna i lato były krótkie, a plony obfite, zawsze
przydawały się dodatkowe ręce do pomocy przy pieleniu grządek i
zbieraniu warzyw. Pielić trzeba też było pola pszenicy, bo w przeciwnym
razie panoszyły się w nim krzewy dzikiego piołuny, który sprawiał, że
mąka i wypiekany z niej chleb stawały się gorzkie.
Postanowiłam opowiedzieć historię sprzed ponad siedemdziesięciu lat głosem mojego pokolenia. Spisując ją oddaję to, co otrzymałam.
piątek, 15 marca 2013
czwartek, 14 marca 2013
Wędkowanie
Poza zapewnieniem sobie schronienia i miejsca do spania, najbardziej
elementarnym warunkiem przetrwania na zesłaniu było zdobycie jedzenia.
Przez pierwszych kilka miesięcy nie było to jeszcze trudne. Rosjanie
chętnie wymieniali część swoich zapasów na nową garderobę, zegarki, czy
biżuterię. A wkrótce po ich przybyciu, do Pieczieryska zaczęły
przychodzić również paczki żywnościowe z Polski. Zofia i Regina także
napisały listy do swoich rodzin i po kilku tygodniach przyszła do nich
pierwsza zapieczętowana przesyłka z Białegostoku. W środku znaleźli
mąkę, kaszę, cukier i trochę słoniny. Wszystkie listy z Polski były
skrupulatnie cenzurowane, a paczki przeglądane, ale ku ich zdumieniu, za
każdym razem gdy w środku znajdował się przekaz pieniężny jego wartość
zgadzała się co do rubla. Przez kolejny rok, otrzymywali taką pomoc dość
regularnie i dzięki temu na początku mogli się cieszyć nawet trzema
posiłkami dziennie. Na śniadanie i kolację każdemu przysługiwał kubek
mleka i kawałek chleba. Mleko kupowali od sąsiadki, która niedaleko domu
miała bardzo głęboką ziemiankę. Była to właściwie szeroka studnia, do
której schodziło się po bardzo wysokiej drabinie. Pod koniec zimy całe
wnętrze wyłożono bryłami zlodowaciałego śniegu i przysypano słomą,
dzięki czemu aż do końca lata utrzymywała się tam niską temperaturę.
Wynoszone stamtąd mleko było zimne i orzeźwiające nawet podczas
największych upałów. Na obiad zazwyczaj serwowano cienką zupę albo
ziemniaki ze śmietaną. Latem, na pobliskim targu można było dostać
trochę warzyw, głównie marchew, buraki i kapustę. Były też pieczarki,
które dzieciaki chodziły zbierać w starych, rozwalających się chałupach.
W niektórych miejscach na stepie rosły też dziko szczaw, cebula i
czosnek stepowy, a w okolicy małych zagajników nad Irtyszem, tzw
okołków, można było znaleźć dzikie poziomki, jagody i jeżyny. Było to
ich najważniejsze źródło witamin chroniących przed szkorbutem i innymi
dolegliwościami. Szczególnym dobrodziejstwem okazało się jednak
sąsiedztwo rzeki. W Irtyszu aż roiło się od najrozmaitszych ryb, które
mogły stać się najbardziej pożywnym dodatkiem do ich jadłospisu. Wujek
Józef wystrugał więc długą wędkę i niemal codziennie rano zabierał
niewielkie wiaderko i szedł na ryby. Mimo swojego wrodzonego
roztargnienia i flegmatyzmu, który tak często wypominała mu żona, Józef
Nietupski okazał się jednak świetnym wędkarzem. Co jakiś czas podrywał
wędkę gwałtownie w górę i na brzegu lądowała kolejna mała rybka. Janka,
która czasem mu towarzyszyła, nie miała do tego monotonnego zajęcia tyle
cierpliwości. Przez jakiś czas wpatrywała się w podskakujący na wodzie
spławik, zrobiony z kawałka suchego drewna, ale dość szybko przestawała
myśleć o pływających pod powierzchnią rybach, a wracała pamięcią do
różnych przyjemnych wspomnień sprzed wojny.
Kiedy wiaderko zapełniło się przynajmniej do połowy, wujek bez słowa
podnosił się i ruszał w kierunku wsi.
Zazwyczaj taki połów ograniczał się do kilkunastu niewielkich rybek:
płoci, karasi i ścierladzi, które wyglądały jak małe rekinki. Nie miały
łusek ani ości tylko chropowatą skórę i cienki, kruchy kręgosłupek. To
właśnie one najczęściej, ułożone w równych rządkach, piekły się
wieczorem na rozgrzanej blasze. A kiedy już były dostatecznie
przyrumieniły Regina albo ciocia Zosia wyjmowały je z pieca i
sprawiedliwie rozdzielały wszystkim odpowiednie porcje. Rybki były
chrupiące i nawet bez żadnych przypraw smakowały znakomicie. A ich ości
były zazwyczaj tak delikatne, że można je było zjadać w całości. Czasami
oprócz tej drobnicy trafiała się też jakaś większa sztuka. Irtysz
pełen był tłustych okoni i jesiotrów o spiczastych nosach. A także
szczupaków z ostrymi zębami i olbrzymich, podobnych do polskich sumów
nalimów, które miały potężne, pasiaste cielska dochodzące nawet do
półtora metra długości. Gdy wujek wracał do domu z taką zdobyczą
szykowano prawdziwą ucztę, bo oprócz pożywnych filetów, pozostawało
jeszcze na tyle dużo mięsa i innych resztek, by ugotować zupę rybną. Co
prawda bez przypraw i rodzynek, ale za to tłustą i pożywną. Miejscowi
nazywali ją ucha i także bardzo sobie chwalili.
Janka nigdy wcześniej nie oprawiała ryby, ale dzięki wskazówkom wujka
szybko nabrała wprawy w tym zajęciu. Każdą większą sztukę należało
oskrobać z łusek, dobrze opłukać z rzecznego mułu, a później długim
nożem rozciąć od ogona aż do głowy i wyciągnąć wnętrzności. Któregoś
razu, gdy Janka rozpłatała pokaźnego szczupaka, ku swojemu wielkiemu
zdumieniu znalazła w środku mniejszą rybkę, którą nieszczęśnik
najwyraźniej połknął w całości krótko przed własną śmiercią.
- Zobacz jaki był z niego łakomczuch - zaczął się śmiać wujek, widząc
jej zdziwienie - właśnie spałaszował spory obiad, ale na naszego robaka i
tak się skusił.
niedziela, 10 marca 2013
Dla Cioci Boby
Dla Cioci Boby, która była jedną z małych bohaterek mojej/niemojej
opowieści. Tak mi przykro Ciociu, że nie zdążyłam...
Te myśli zawsze wprawiały ją w ponury nastrój, ale nie potrafiła się od
nich uwolnić. A im bardziej próbowała skupić się na czymś innym z tym
większą intensywnością do niej wracały. Aż w końcu zasypiała zmęczona i
smutna, łudząc się, że następnego dnia obudzi się w swoim łóżku, a cała
ta straszna podróż i wygnanie okażą się tylko złym snem.
Nic takiego się jednak nie stało i Janka, co rano przeżywała to samo
rozczarowanie, budząc się głodna i niewyspana, na pokrytym starą słomą
klepisku ich lepianki. Pewnego dnia jednak obudził ją jakiś hałas. Gdy
otworzyła oczy okazało się, że wszyscy jeszcze śpią. Słyszała jednak
wyraźnie gdzieś w pobliżu odgłos dziwnego szurania, który przed chwilą
ją obudził. Uniosła się na łokciach, żeby przyjrzeć się dalszej części
izby i prawie podskoczyła z zaskoczenia. Przez otwór w ścianie, który
wcześniej był oknem, do wnętrza zaglądał nieduży włochaty pyszczek,
który składał się głównie z ruchliwych nozdrzy. Dopiero, gdy ciekawski
zwierzak, wyciągając mocno szyję, wsadził do środa całą swoją kosmatą
głowę, Janka zorientowała się, że to młody wielbłąd. Nie odwracając
głowy zaczęła szturchać śpiącą obok Baśkę. Po chwili obie siedziały już
na podłodze obserwując wielbłąda z mieszaniną strachu i fascynacji. Choć
Janka widziała już wcześniej te zwierzęta na obrazkach w książkach, to
nigdy nie stanęła z nimi oko w oko. Teraz wystarczyło wyciągnąć rękę,
żeby dotknąć jego śmiesznego, sfilcowanego futra. Nie miała jednak na
tyle odwagi, by tego spróbować.
- Czy on chce nas ugryźć - spytała cicho Basia nie spuszczając
wielbłądziej głowy z oczu.
Jakby w odpowiedzi na to, wielbłąd poruszył
szerokimi nozdrzami i pokazał żółte zęby. Przypominało to jednak
bardziej uśmiech niż grymas złości. Potem głowa po prostu się wycofała i
zniknęła. Obie dziewczynki rzuciły się do małego okienka, ale gdy przez
nie wyjrzały zobaczyły tylko jak wielbłądziątko chwiejnym krokiem
odchodzi w kierunku pasącej się w pobliżu matki.
Wielbłądy dwugarbne, zwane baktrianami były na stepie hodowane głównie
dla mleka, jako siła pociągowa oraz jako wierzchowce. Kazachowie
jeździli na nich czasem nie używając nawet siodła. W przeciwieństwie do
koni, wielbłądy są zwierzętami świetnie przystosowanymi do surowego
klimatu stepowego. Potrafią wypić nawet 120 litrów wody za jednym razem,
by później nie pić w ogóle nawet przez kilka dni. Żywią się przede
wszystkim liśćmi i trawą, której na stepie jest pod dostatkiem. W ciągu
następnych kilku lat Janka przywykła do ich widoku, ale to pierwsze
spotkanie zapamiętała na długo.
wtorek, 4 września 2012
Nowe mieszkanie
W tym czasie wokół nich zebrały się już ciekawskie baby. Same były
nędzarkami, ale wiedziały, że zesłańcy zawsze mają ładne ubrania i
przedmioty, które będą musieli wymienić na jedzenie i mieszkanie.
Syberia to kraina biedaków, którzy jedyne przedmioty zbytku jakie mogli
posiąść uzyskiwali w handlu wymiennym od zesłańców. Syberia to chyba
jedyne takie miejsce na świecie, gdzie już od wieków złoto i diamenty
wymieniano na mleko i mąkę. Tutaj przelicznikiem wartości towarów jest
jedynie głód i desperacka chęć przeżycia.
Na początku zamieszkali u pewnej Rosjanki w niskiej ziemiance.
Janka zauważyła, że wszystkie domki w okolicy mają ten sam brudno-szary
kolor. Wkrótce miała się przekonać czemu go zawdzięczają. Ziemianki i
półziemianki budowano tu z glinianych, ręcznie formowanych bloków, które
układano jeden na drugim. Łączono je faszyną i żerdziami, a następnie
oblepianą grubą warstwą gliny zmieszanej z łajnem i słomą. Dzięki temu
glina nie kruszyła się i była bardziej wytrzymała. Podobnie formowano
dach z łozy brzozowej albo drewnianych żerdzi oblepianych tą samą
zaprawą i przysypywanych ziemią dla lepszej izolacji.
Wewnątrz nie było podłogi, tylko gliniane klepisko. Na nim rozkładali na
noc pościele. Było ich teraz sześcioro, bo już w Sanharze dołączyła do
nich pani Emilia Rożek. Była to młoda, niespełna trzydziestoletnia
kobieta. Drobna blondynka o miłej twarzy i spokojnym usposobieniu. Jej
historia niewiele różniła się od historii innych zesłańców. Wyszła za
mąż za policjanta, który na początku wojny trafił do niewoli
radzieckiej. Od tego czasu nie miała z nim kontaktu. Aż pewnej nocy do
jej drzwi zapukało NKWD. Kazali się pakować i o nic nie pytać. Nie miała
dzieci, a od wyjazdu męża mieszkała sama, więc sama trafiła również
tutaj. Szukała więc towarzystwa i opieki i znalazła się wśród rodziny
Nietupskich.
Pierwszej nocy zrobiło się strasznie gorąco. Wujek Józef wstał, aby
otworzyć okno, ale okazało się to niemożliwe. Większość domów miała
wprawdzie okna, ale były to przeważnie szybki wprawione w drewniane
ramki wmurowane w ścianę. Bez klamek i możliwości otwierania. Kiedy
latem robiło się już nieznośnie gorąco wykuwało się takie okienko, po
to, by przed zimą znowu je wstawić i zamurować.
Mimo zamkniętych okien insekty gryzły niemiłosiernie. A w lepiance były
ich tysiące. Komary, pchły, wszy i pluskwy chowały się pod łóżkami, a w
nocy zaczynały ucztę. Nie było na nie żadnego sposobu.
W tym maleńkim domku zamieszkało więc dziewięć osób. W kuchni Rosjanka z
dwójką dzieci, a w pokoiku wujostwo Nietupscy, Regina z Janką i Basią i
pani Rożkowa. Leżąc tak w ścisku i oganiając się od komarów, Janka
marzyła w nocy o swoim łóżku i pięknym domu, w którym mieszkali na
Winogradach. W pokoju, który dzieliła z Basią oprócz szafy na ubrania,
stał też mały bufecik, specjalnie dla nich zamówiony. A w nim same
skarby: gry planszowe, klocki i serwis, który Janka dostała od cioci
Zosi Radomskiej. Dwie małe filiżanki z podstawkami i dzbanuszek. W sam
raz, żeby zaprosić przyjaciółkę na herbatę i ciasteczka. Ale tutaj nikt
nie pijał herbaty z filiżanek. Po pierwsze dlatego, że nie było
filiżanek, tylko drewniane albo metalowe kubki, znacznie bardziej
praktyczne i wytrzymałe niż delikatna porcelana. A po drugie, herbata
należała do dóbr luksusowych i mało kto mógł sobie na nią pozwolić.
niedziela, 15 lipca 2012
Z Sanharu dalej w step
W Sanharze przebywali tylko kilka tygodni. Prawdopodobnie ich komandir
doszedł do wniosku, że nie potrzebuje na zimę tylu kobiet z dziećmi i
starców. Naczelstwo nie przyznało mu materiałów na budowę domów dla
nich. A nie mógł ich przecież zatrzymać w oborze, bo na jesień
pastuchowie wracali z pastwisk ze stadami owiec. A owce dające mleko,
wełnę i mięso były znacznie bardziej wartościowe niż gromada zesłańców,
którzy do tego czasu i tak wyprzedaliby już pewnie cały swój marny
dobytek, z którym tu przybyli. postanowił więc zawczasu pozbyć się
problemu, a właściwie przekazać go komuś innemu.
I tak, pod koniec maja, znowu przyjechał kordon ciężarówek i kazali się
wszystkim pakować. Janka nie opuszczała Sanharu z żalem. Nie było tam
niczego za czym mogłaby tęsknić. Śmierdząca obora, brudna lepianka i
otaczająca zewsząd pustka stepu.
Tym razem droga była dość długa. Jechali około dwustu kilometrów, ale
stare, rozklekotane ciężarówki wlokły się po wyboistej, stepowej drodze
niemal cały dzień. Mijali kilka wsi, ale pierwszą, w której się
zatrzymali był Pieczierisk. Tutaj zostało kilkadziesiąt osób. Reszta
pojechała dalej.
Wysadzili ich na niedużym placu. Po jednej stronie stał dom naczelnika, a
po drugiej wielka figura Lenina.
Tym razem trafili na zielone świątki, zwiastujące początek wiosny.
Mieszkańcy znowu gulali, pili wódkę, śpiewali i tańczyli na ulicy. I
znowu odbyło się oficjalne "przywitanie". Naczelnik, lekko już
podchmielony strasznie się przed nimi napuszył i wsadziwszy dłonie za
pasek oznajmił, że tu mają się urządzać, bo tu już zostaną. Każdy ma
sobie znaleźć dom, pracę i nie myśleć o tym, że kiedyś wrócą do Polski.
Bo nie wrócą. Nigdy. Po tym krótkim wstępie wyraźnie zadowolony ze
swojego przemówienia odwrócił się na pięcie i wrócił do biura.
poniedziałek, 9 lipca 2012
Praca na zesłaniu
Już następnego dnia, na
placu przed oborą, urządzono zbiórkę, na
której kierownik kołchozu w bardzo obrazowy sposób wyjaśnił im jak, od teraz,
potoczy się ich egzystencja. Wyciągnął przed siebie dłoń wnętrzem do góry i
powiedział, że prędzej mu tam włosy wyrosną niż oni wrócą do Polski. Później w
krótkich słowach objaśnił na czym będą polegać ich obowiązki w kolektywnym
gospodarstwie i zakończył maksymą, której słowa na zawsze wryły się w pamięć
wszystkich zesłańców:
- I dobrze to zapamiętajcie
Polaki. Tutaj kto nie rabotajet ten nie
kuszajet.
Była to chyba najprostsza i
najbardziej lapidarna zasada, która organizowała życie wszystkich obywateli
tego wielomilionowego państwa, od Kamczatki aż po Baku i Taszkient.
Wszyscy, zdolni do jakiejkolwiek
pracy, dorośli zostali przydzieleni do różnych prac na rzecz kołchozu.
Mężczyznom w większości wyznaczono cięższe roboty budowlane, kobiety natomiast miały
przygotować owczarnię na zimę. Należało przede wszystkim dokładnie oczyścić budynek
i uszczelnić ściany gliną wymieszaną z krowim łajnem i słomą. Nie było wyboru.
Na zmianę z parą wołów, kobiety miesiły stopami w wielkim dole glinę z
odchodami, a później smarowały nią ściany. Ponieważ nie dostały żadnych
narzędzi, Zosia i Regina owinęły, dla ochrony, dłonie jakimiś szmatami i cały
dzień wcierały śmierdzącą maź w ściany obory razem z innymi Polkami. Dzieci,
jako siła robocza nie przedstawiały zbyt dużej wartości i dlatego nikt się nimi
specjalnie nie interesował. Mogły bez żadnego nadzoru poruszać się po terenie
całego kołchozu. Janka z Basią chodziły więc bez celu między chałupami szukając
sobie jakiegoś zajęcia. Trzymały się przeważnie blisko domu, bo bały się same
zapuszczać w step, a nie miały na razie żadnego innego towarzystwa. Pozostałe
polskie dzieci mieszkały w owczarni, a rosyjscy rówieśnicy ich nie rozumieli
więc z początku nie chcieli się z nimi bawić.
Wieczorami, gdy po ciężkim
dniu pracy Rosjanie pili wódkę, Polacy spotykali się w owczarni i odprawiali
nabożeństwa majowe. Ktoś z kilku desek sklecił prowizoryczny ołtarzyk, ktoś
inny przyniósł świeczkę albo małą lampkę oliwną. Z braku kapłana, spotkaniom
tym przewodniczyła Zofia Nietupska, która mimowolnie stała się swego rodzaju
duchowym przywódcą ich niewielkiej społeczności. W tych ciężkich chwilach wielu
ludzi, właśnie w modlitwie, pokładało swoją ostatnią nadzieję na ocalenie i
powrót do ojczyzny. Zbiorowe śpiewy i modlitwa scalały i solidaryzowały
zesłańców. Były również jednym z nielicznych łączników ze światem tradycji,
obyczajowości i kultury polskiej, z której tak brutalnie zostali wyrwani.
Dlatego też, mimo bardzo skromnej oprawy, wieczorna msza była najbardziej
uroczystym fragmentem każdego dnia. Były to również bardzo wzruszające chwile,
gdy w brudnej, ciemnej oborze śpiewali pieśni religijne i odmawiali litanie do
Matki Bożej prosząc o opiekę i ocalenie. Wszystko to działo się oczywiście
wbrew zakazom i w obawie przed dalszymi represjami ze strony władz. W tym
okresie kościół katolicki w Związku Radzieckim właściwie już nie istniał.
Obowiązywały tu normy prawa karnego zabraniające kapłanom jakichkolwiek praktyk
religijnych. Polityka antyreligijna rozwijała się nieprzerwanie już od czasów
rewolucji bolszewickiej, skutecznie zniechęcając obywateli do jawnych przejawów
pobożności. Mimo że w Kazachstanie mieszkali obok siebie katolicy, prawosławni
i muzułmanie, nigdzie nie było żadnych domów modlitwy, a wszelkie religijne
obrzędy odprawiano w tajemnicy, w prywatnych domach.
sobota, 7 lipca 2012
Sanhar
Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność
i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących,
śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu
Adam Mickiewicz, Stepy Akermańskie z Sonety Krymskie
Rano przyjechały kolejne ciężarówki, do których wsiadali tylko wyczytani z listy. Na szczęście nie rozdzielono ich i całą rodziną wsiedli do ciężarówki. Samochód nie miał plandeki i podczas drogi strasznie nim trzęsło i kurzyło się z piaszczystej drogi, ale na szczęście było już ciepło. Zresztą nie jechali daleko. Zatrzymali się 45 km od Pawłodaru, w pustym stepie, gdzie nie było niczego poza dużym budynkiem owczarni i kilkoma mizernymi lepiankami. Sowchoz hodowlany Sanhar miał się stać teraz ich nowym domem. Janka przywykła już do widoku bezkresnego stepu widzianego przez szpary w deskach ich wagonu. Ale dopiero teraz poczuła jego ogrom. Bo w stepie wszystko jest ogromne. Ogromne i puste. Horyzont zagina się nieznacznie i to jedyny w tym miejscu dowód na kulistość ziemi. Bo poza tym jednym, delikatnym wybrzuszeniem wszystko inne jest tu całkowicie płaskie. Monotonii tego krajobrazu nie zakłóca ani sylwetka pojedynczego drzewa ani zarys miasta w oddali. W promieniu wielu kilometrów, nie było tam nic poza wyschniętą trawą. Janka mimowolnie cofnęła się i dotknęła ściany obory, jakby w jej cieniu czuła się bezpieczniej. bo w stepie było coś przyciągającego i przerażającego jednocześnie. Do Sanharu przyjechali pierwszego maja. Miejscowi świętowali Wielki Prażnik, czyli święto pracy. Z tej okazji dostali większy przydział wódki, więc wszyscy chodzili pijani. Chcieli zobaczyć wrogów narodu i polskich panów. Wyzyskiwaczy, o których huczała propaganda, ale widok brudnych i zaniedbanych kobiet z dziećmi musiał ich mocno rozczarować. Z zaciekawieniem patrzyli tylko na pakunki i tobołki, zwłaszcza kobiety, które liczyły na jakiś handel. Polaków zakwaterowano w owczarni. Nie było tam nawet podłogi, tylko brudne klepisko, nie mówiąc innych udogodnieniach. Cieszyli się tylko, że mają dach nad głową. Regina jednak spróbowała znaleźć coś lepszego. Wśród ludzi, którzy zgromadzili się wokół grupy Polaków, była też starsza kobieta. Coś w jej zachowaniu lub wyglądzie musiało zwrócić uwagę Reginy, bo podeszła do niej bez zastanowienia i pozdrowiła. A ponieważ nie znała rosyjskiego zrobiła to po polsku i niemiecku. i wtedy stała się rzecz niezwykła, bo staruszka nie tylko się uśmiechnęła, ale i odwzajemniła powitanie. Okazało się, że jest z pochodzenia Niemką, a jej rodzina trafiła na Syberię wiele lat temu. Kobieta była tak wzruszona, że może z kimś porozmawiać w swoim ojczystym języku, że bardzo szybko zgodziła się, aby Regina wraz z rodziną zamieszkała w jej domu. Była to niewielka lepianka z jedną izbą i kuchnią. Nie wiele miejsca dla tylu osób, ale Regina uznała, że to i tak lepsze niż mieszkać w oborze. Podtrzymywała swoje zdanie nawet kiedy rano wchodziła jej na głowę kaczka, która także rezydowała w ich kuchni, bo wysiadywała tam jaja.
poniedziałek, 21 maja 2012
Przystanek w Pawłodarze
Po siedemnastu dniach podróży pociąg zatrzymał się na stacji. Kiedy
otwarto drzwi wagonu, na zewnątrz czekały już ciężarówki. Żołnierze
poganiali ich okrzykami i kolbami karabinów. Kiedy paka zapełniona już
była ludźmi i ich bagażami, ciężarówka ruszała, a na jej miejsce pod
drzwi wagonu podjeżdżała kolejna. Janka trzymając się mocno burty
ciężarówki patrzyła na miasto, w którym się znaleźli. Był to Pawłodar,
miasto obwodowe w północno-wschodniej części Kazachstanu. Chociaż miasto
wydało się wtedy Jance określeniem mocno na wyrost dla tej osady.
Większość niewielkich domków usadowionych wzdłuż głównego traktu była
gliniana, od czasu do czasu tylko trafiało się nieco większe, drewniane
gospodarstwo. Jedynie szeroka droga, którą poruszał się konwój
ciężarówek mogłaby sugerować istnienie jakiś planów urbanistycznych w
tym miejscu. Mogłaby, gdyby była prawdziwą, asfaltową drogą, a nie
piaszczystym szlakiem. Spod kół ciężarówek unosiła się gęsta chmura
kurzu i pyłu, która przysłaniała niemal wszystko wokół. Nawet wytężając
wzrok Janka nie mogła dostrzec niczego dalej za linią mizernych domków. A
może po prostu niczego więcej tam nie było?
W końcu dojechali na jakiś duży plac, gdzie na wysokich palach
rozciągnięte były wojskowe plandeki. Tam kazali im czekać. Co jakiś czas
przychodził enkawudzista i zaczynała się monotonna litania nazwisk.
Każdy wyczytany musiał potwierdzić swoją obecność. W międzyczasie
dowożono nowe transporty więźniów.
Cały plac otoczony był kordonem uzbrojonych żołnierzy. Choć i tak mało
prawdopodobne, żeby ktoś próbował uciekać. Bo i dokąd, skoro wszędzie
wokół był tylko pusty step?
Niektórzy przechadzali się po placu, ale większość zesłańców siedziała w
niewielkich grupkach, wokół swoich tobołków, w obawie, aby nie stracić
tych marnych resztek swojego dobytku. Janka z Basią także chciała się
przejść, ale Regina kategorycznie im tego zabroniła. dziewczynki
chodziły więc dookoła bagaży, zmieniając, co chwilę kierunek i lawirując
między walizkami, a gdy i to im się znudziło przysiadły na ziemi i
czekały. W końcu nastała noc, więc Regina rozwinęła jeden z tłumoków i
rozłożyła im pościel na wieku największego kufra. Tak minęła ich
pierwsza noc na zesłaniu, wciąż przerywana sprawdzaniem nazwisk i
dokumentów.
środa, 4 kwietnia 2012
Katyń
3 kwietnia 1940 roku, w lesie katyńskim rozstrzelano pierwszą grupę
polskich oficerów. Być może właśnie wśród nich był mój pradziadek,
Julian Nietupski.
Dwa lata temu pojechałam zobaczyć ten las.
To przerażające miejsce. Ale przerażające przez swoją zwyczajność. To
nieprawda, że panuje tam grobowa cisza i mrok. Wiosną śpiewają tam ptaki
i szumią drzewa poruszane zimnym wiatrem. Przez konary wysokich drzew
przebijają się promienie słoneczne. A mimo to coś tam przytłacza i
wyciska łzy z oczu. Może właśnie fakt, że te same drzewa szumiały nad
głowami katów i ich ofiar. Świat się zmienił, upadły faszystowskie i
komunistyczne dyktatury, dawni wrogowie zawarli nowe sojusze. A te
drzewa nadal tu są, by przypominać..
JEST TAKI LAS, GDZIE...
jest taki las, gdzie
wiosna nie śpiewa głosem ptaków
jest taki las,
gdzie kamienie szepczą o umarłych
w tym lesie
tylko drzewa szumiały
gniewem szeleszczących liści
nad głowami katów
i tylko drzewa szumiały
płaczem spadających liści
nad głowami ofiar.
gdy śmierć przyszła tu
ze znakiem czerwonej gwiazdy na czole
gdy mierzyła celnie
jednym strzałem w tył głowy
nikt nie widział białych orłów,
które bez krzyku
wzlatywały wysoko ponad chmury.
dzisiaj
w tym lesie
drzewa wciąż szumią
gniewem szeleszczących liści
historię tamtych zimnych
poranków i nocy sprzed lat
dzisiaj drzewa wciąż szumią
płaczem spadających liści
nad grobami, których tak długo nie było
A gdy ludziom zabraknie łez
drzewa zaszumią znowu
i wreszcie ukołyszą ICH do wiecznego snu
wtorek, 3 kwietnia 2012
Góry Ural
Aż w końcu zobaczyli na horyzoncie linię gór, do których się zbliżali.
Na wysokiej skale, ogromnymi literami napisano Ufa. A dalej jeszcze
minęli drogowskaz, na którym na jednym ramieniu napisane było Europa, a
na drugim Azja. To były góry Ural, które oddzielają dwa kontynenty.
Pierwsze góry jakie Janka widziała. Ich wysokie ciemne zbocza wyrastały
niemal spod kolejowych szyn i pięły się czasem tak wysoko w górę, że
zasłaniały niebo.
Po drugiej stronie gór zrobiło się bardzo ciepło. Widocznie strażnicy
nie spodziewali się już prób ucieczki, bo drzwi były pootwierane i
zablokowane tylko sztabą, przy której można było bezpiecznie stać i
oglądać krajobraz. Pociąg jechał miejscami tak wolno, że można by było z
niego wysiąść i biec obok. Nikt jednak tego nie próbował. Tam na
zewnątrz i tak czekała tylko śmierć. Jeśli nie od kul strażników, to z
głodu i wyczerpania, bo w promieniu wielu kilometrów nie było widać
żadnych ludzkich osad. A krajobraz z lesistego zmienił się w
półpustynny. Jak okiem sięgnąć widać było tylko porośnięty żółtą trawą
step.
W pewnym momencie, kiedy pociąg znowu mocno zwolnił, Janka zauważyła
przy torach jakiś ruch. Z małych norek, co chwila wysuwały się szarobure
łebki. Dziwne zwierzątka, które wujek nazwał susłami, siadały śmiesznie
na tylnych łapkach i wysuwały głowy wysoko w górę, żeby zobaczyć coś
nad wysokimi trawami. Zastygały tak na chwilę w bezruchu, a potem nagle
znikały w swoich podziemnych korytarzach tylko po to, żeby wysunąć się
znowu w zupełnie innym miejscu. I tak w kółko. Bardzo zabawne było
obserwowanie tej dziwnej zabawy w chowanego i wkrótce niemal cały wagon
komentował ze śmiechem to zjawisko.
Po 17 dniach podróży dotarli do jakiegoś miasta, gdzie wypuszczono ich
wreszcie z wagonów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)