niedziela, 5 stycznia 2014

Rosyjska szkoła

Pod koniec sierpnia, Basia zwierzyła się Jance, że bardzo chciałaby znowu się uczyć. W grę wchodziła oczywiście tylko rosyjska szkoła i Janka przypomniała jej najpierw, co o tym mówiła ich matka, gdy w pierwszym roku zsyłki prosiły ją o to samo. - Po, co macie chodzić do ruskiej szkoły? Niczego dobrego was tam nie nauczą. Wtedy jednak nie przypuszczały, że ich pobyt na Syberii będzie tak długi. A teraz Basia przekonywała siostrę, że przecież w szkole jest wiele przedmiotów, które nie mają nic wspólnego z komunistyczną propagandą, takich jak rachunki, czy przyroda. Nie była też małym dzieckiem, które wierzyłoby w cukierki wypadające zza portretu Stalina. W tym czasie już wiele polskich dzieci chodziło do miejscowych szkół, więc w końcu Janka uległa tym namowom. Sama niestety musiała na razie zrezygnować z dalszej edukacji, gdyż miała zbyt wiele obowiązków. Basia zapisała się do drugiej klasy, bo uznała, że na pierwszą jest już za duża. Mimo że nigdy wcześniej nie chodziła do prawdziwej szkoły, okazała się bardzo zdolną uczennicą. Na początku, co prawda, ledwo umiała pisać i czytać, ale po krótkim czasie prześcignęła pozostałe dzieci i przynosiła do domu same piątki. Problemy zaczęły się wraz z pierwszymi mrozami. Basia wychodziła do szkoły, a po krótkim czasie wracała z nosem na kwintę. Szkoła zamknięta, bo w słabo ogrzewanych klasach zamarzł atrament w kałamarzach i nie było czym pisać. Poza tym dziewczynki miały tylko jedną parę ciepłych butów. Z tego powodu często wybuchały w domu kłótnie, gdyż Janka ubierała je idąc do pracy. Wełniane pimy były o kilka numerów za duże, ale wypchane gazetami spełniały swoją funkcję i dobrze chroniły stopy przed mrozem. Basia musiała wtedy albo zostać w domu albo ryzykując odmrożenia wyjść do szkoły w gumowych łapciach.

piątek, 3 stycznia 2014

Szczęśliwy finał

W końcu dotarli do Irtyszyska. Janka zupełnie nie pamiętała jak znalazła się przed domem Marusi. Otworzyła jej pani Wigantowa i aż krzyknęła ze zdziwienia. Zabrała ją do środka, posadziła w kuchni i zaraz zabrała się za szykowanie jedzenia. Jankę obudził zapach zupy, postawionej przed nią na stole. Niemal bez słowa zjadła wszystko, co jej podano, umyła nogi i ręce, a później już prawie nieprzytomna zwaliła się na posłanie. Obudziła się dopiero następnego dnia, koło południa i przez chwilę miała wrażenie, że ucieczka ze żniw była tylko dziwnym snem. Pani Franciszka ciągle przerażona tym, że przeszli taki kawał drogi na piechotę, zupełnie sami, wciąż pytała ją jak się czuje. A Janka, ku własnemu zdumieniu, czuła się znakomicie. Pierwszy raz od wielu dni była najedzona i wypoczęta, nawet zmęczone nogi nie bolały już tak bardzo. Jeszcze raz dokładnie opowiedziała podekscytowanej Basi cały przebieg ich ucieczki, a później poszła odwiedzić jednego z młodszych chłopców, który był razem z nimi. On znacznie gorzej zniósł tę ich eskapadę. Już w drodze bardzo narzekał na zmęczenie i ból w nogach, a pod koniec musieli go prawie wlec trzymając za ramiona, bo ledwo się poruszał. Gdy teraz Janka dotarła do jego domu, matka chłopca powiedziała jej, że leży z gorączką i majaczy. Na szczęście lekarz oświadczył, że to tylko skutek skrajnego zmęczenia i zalecił mu jedynie dłuższy odpoczynek. Dopiero po kilku dniach Janka zaczęła się zastanawiać, co będzie jeśli ktoś na nich doniesie. Tym razem jednak obeszło się bez żadnych poważniejszych konsekwencji. Prawdopodobnie Kazachowie uznali, że ich pomoc i tak jest niewiele warta i zrezygnowali z powiadamiania kogokolwiek o ich zniknięciu. Nie mniej, na wszelki wypadek, jeszcze przez jakiś czas Janka starała się unikać naczelnika i innych przedstawicieli władz, którzy mogliby sobie przypomnieć, gdzie powinna się w tej chwili znajdować. Była w końcu uciekinierem, a dobrze wiedziała, że do łagru można trafić za znacznie mniejsze przewinienia. Zwłaszcza, że od chwili rozpoczęcia wojny z Niemcami, odmowa wyjścia do pracy kwalifikowała się jako sabotaż wysiłku wojennego, a więc bardzo poważne przestępstwo.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ucieczka

Przeżuwając suchy chleb, który dostali na kolację, Janka spoglądała na swoje zmizerowane kończyny. Były obolałe i całe pokryte czerwonymi pręgami zadrapań. Na wnętrzach dłoni miała bąble i odciski od wideł. Po wielu godzinach na słońcu, paliła ją spalona twarz i ramiona, a mięśnie i poranione nogi bolały przy najmniejszym ruchu. Miała ze sobą co prawda zrobione na drutach łapcie, ale na niewiele się ona zdały podczas drogi, a na ściernisku szybko by się podarły, więc teraz zakładała je tylko na noc, aby trochę ogrzać stopy. Chciało jej się płakać, ale była tak zmęczona, że zdążyła zasnąć zanim łzy napłynęły jej do oczu. Następnego dnia, nikt z nich już nawet nie próbował wyrobić wyznaczonej normy, a co sprytniejsi, chowając się przed wzrokiem brygadzisty, odpoczywali opierając się na widłach albo w cieniu pod wozem. Do wieczora jednak wszyscy byli znowu skonani. Wtedy po raz pierwszy ktoś rzucił, żeby dać stąd nogę i wrócić do domu. Pomysł wydawał się na początku absurdalny, ale po jakimś czasie myśl o ucieczce stała się niemal obsesją. Aż pewnego wieczora, gdy siedzieli wszyscy nad czygunkiem zupy, Katia, najstarsza z nich, stwierdziła, że należy ją wreszcie wprowadzić w życie. Uznała, że ich wkład w budowę państwa socjalistycznego jest już dostateczny i zrobili więcej niż niejeden komsomolec, a teraz trzeba wiać i basta. Każdy musiał się zdeklarować czy ucieka, a ci którzy postanowiliby zostać, mieli przysiąc, że nikogo nie wydadzą. Nikt jednak zostawać nie zamierzał. Plan był dość prosty. Następnego ranka, schowali cały chleb jaki im przydzielono. A gdy przyszło zaprzęgać byki, ociągali się tak długo aż wszyscy starsi Kazachowie pojechali w pole. Gdy było już w miarę bezpiecznie, na umówiony znak, wszyscy dezerterzy puścili się pędem w step, żeby jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem wzroku brygadzisty. Przez jakiś czas biegli w obawie, że ktoś będzie ich ścigał. Wkrótce jednak żadne z nich nie mogło już złapać oddechu, więc zatrzymali się i ukryli w jakimś zagłębieniu terenu. A upewniwszy się, że nikt nie podąża ich śladem, postanowili coś zjeść i chwilę odpocząć. Później Katia zarządziła wymarsz w dalszą drogę, a ponieważ była już ich niekwestionowanym przywódcą, nikt nie oponował. Powietrze na stepie jest tak przejrzyste, że widać wszystko na odległość wielu kilometrów. Łatwo przez to zgubić orientację. Patrząc na domy i kominy, z których wyraźnie unoszą się smużki dymu, łatwo ulec złudzeniu, że osada znajduje się tuż tuż. Zaledwie kilkanaście minut marszu, ot krótki spacer. Gdy tymczasem jest ona oddalona o wiele kilometrów. Wiedzieli tylko, że muszą zmierzać na północ. Ale ponieważ nikt oczywiście nie miał kompasu, musieli zdać się na swój instynkt. Szli cały dzień, ale niestety niebo było zachmurzone, nie mogli więc nawet po ruchu słońca stwierdzić, ani która jest godzina ani czy wybrali właściwy kierunek. Teraz jednak nie było już wyjścia, bo powrót do kazachskiego aułu nie wchodził w grę. Gdy zrobiło się już prawie całkiem ciemno, natrafili na niewielką wioskę. Chociaż byli bardzo głodni, po krótkiej naradzie doszli do wniosku, że ujawnianie się jest jednak zbyt niebezpieczne. Po kryjomu, więc nabrali tylko wody ze studni. Noc spędzili przy drodze, przytuleni do siebie, żeby trochę się ogrzać. Na niewiele się to jednak zdało i byli zmuszeni wstać jeszcze przed świtem z powodu przejmującego zimna. Janka była cała skostniała i zmęczona prawie tak samo jak po pracy na polu, ale i tak cieszyła się, że dołączyła do grupy uciekinierów. Po kilku kolejnych godzinach marszu znowu zbliżyli się do jakiejś osady i tym razem postanowili jednak zdobyć coś do jedzenia. Janka przypomniała sobie, że ma jeszcze ze sobą trochę herbaty. Ponieważ bez żadnego naczynia i możliwości zagotowania wody, był to dla nich i tak produkt zupełnie bezużyteczny postanowili wymienić go na coś do jedzenia. W obstawie dwójki najodważniejszych chłopaków, Janka ruszyła do wioski. Reszta ukryła się w pobliżu i z niecierpliwością czekała na ich powrót. Co prawda nikt ich nie zatrzymał, ani nawet specjalnie nie wypytywał, co tu robią, ale na gościnę i pomoc też nie było co liczyć. Chleba i kawałka sera, który otrzymali w zamian za herbatę, starczyło tylko na to, żeby zagłuszyć największy głód. Próbowali znaleźć coś do jedzenia po drodze, ale późnym latem step ma niewiele do zaoferowania. Wszędzie tylko wysuszona trawa i nic więcej. Szli cały kolejny dzień, coraz bardziej głodni i zmęczeni. Najpierw Jance wydawało się, że nie może myśleć o niczym innym poza jedzeniem i piciem. Później myślała o tym jak bardzo jest zmęczona i chce odpocząć. A gdy zapadł zmrok, a oni szli nadal, przestała myśleć w ogóle. Jej nogi posuwały się w dość powolnym, miarowym tempie, ale miała wrażenie, że dzieje się to mimowolnie, zupełnie bez udziału jej świadomości. Nie rozmawiali ze sobą już od wielu godzin. Aż nagle Janka spostrzegła, że idzie obok wozu zaprzęgniętego w byki. Przez chwilę myślała, że to znowu złudzenie, ale dotknęła wozu i poczuła pod palcami szorstką powierzchnię drewna. Musiała przez jakiś czas spać podczas marszu, bo nie zauważyła nawet kiedy zbliżyli się do wozu, zmierzającego w tę samą stronę, co oni. Dopiero teraz usłyszała woźnicę pytającego skąd się tu wzięli. Ktoś rzucił dość lakonicznie, że wracają ze żniw, co po części było przecież prawdą, a mężczyzna o nic więcej już nie pytał. Nie pozwolił im usiąść na wozie, bo jego woły były zbyt zmęczone, by uciągnąć taki ciężar, ale mogli chwycić się drewnianej burty, co już znacznie pomagało w marszu.

piątek, 13 grudnia 2013

Pierwszy dzień w polu

Rano dostali znowu po bochenku chleba i kubek mleka. Przeczuwając, że będzie to ich jedyny prowiant na cały dzień, Janka przezornie zjadła tylko pół, a resztę zawinęła w szmatkę i schowała do swojego tłumoczka. Później Kazachowie zabrali ich na pastwisko. Kazali każdemu złapać parę byków i zaprząc je do wozu. Biedna Janka umiała już zajmować się krową, ale wielkie, rogate buhaje budziły w niej strach. Zresztą, nie bardzo mogła sobie wyobrazić, jak sama ma sobie poradzić aż z dwoma bykami i w dodatku nakłonić je do założenia jarzma, które samo w sobie było już tak ciężkie, że ledwo mogła je unieść. Na szczęście przyszedł jej z pomocą jeden z chłopców, który najwyraźniej miał już w tym niemałą wprawę. Najpierw trzeba było naprowadzić oba byki tyłem do arby, czyli wozu, tak by jego dyszel znalazł się między nimi. A następnie najpierw jednemu, a później drugiemu założyć na głowę specjalnie wyprofilowaną deskę. Na jej końcach zamocowane były specjalne zatyczki, które łączyły ją z dyszlem. Choć samo zadanie zaprzęgania nie stawało się przez to wcale prostsze, to jednak Janka z ulgą stwierdziła, że byki są zupełnie niegroźne. Były uległe i pokornie znosiły ciężką pracę, do której je zmuszano. Chłopak, który wcześniej pomógł jej w zaprzęganiu, teraz pokazał też jak kierować wozem. Ku jej wielkiemu zdziwieniu, okazało się to banalnie proste. Aby skręcić w lewo, należało prawego byka uderzać w bok cienką witką. Gdy ten zaczynał skręcać, ciągnąc ze sobą jarzmo, równocześnie zmuszał do takiego samego ruchu drugie zwierzę. Gdy już wszyscy byli gotowi, zarządzający nimi Kazach przystąpił do wyjaśniania na czym polegać będzie ich dalsza praca. Otóż, całe skoszone proso, które już wcześniej zgrabiono w małe pryzmy rozrzucone na przestrzeni kilkudziesięciu hektarów, teraz należało zebrać na wozy i zwieźć w wyznaczone miejsce, gdzie układano je w wysokie stogi. Jak w każdej pracy dla sowieckiego sojuza, i tu, należało wyrobić dzienną normę. Każdy z młodych pomocników miał samodzielnie zwieźć czternaście arbów zboża do stogu. Była to oczywiście liczba tak absurdalnie wysoka, że żadne z nich nie miało szansy nawet się do niej zbliżyć. Musieli o tym wiedzieć wszyscy, którzy mieli wcześniej z taką pracą do czynienia, nikt jednak nie próbował kwestionować tego zarządzenia. Janka już przy pierwszym wozie zorientowała się, że tego dnia z pewnością nie zostanie przodownikiem pracy. Narzucanie zboża na wóz było zadaniem odpowiednim dla zdrowego, silnego mężczyzny, a nie dla wychudzonej piętnastolatki, która nigdy wcześniej nie pracowała w polu. Po bokach arba wyposażona była w drewniane drabinki, które miały zapobiegać spadaniu zboża na ziemię. Gdy jednak były podniesione, utrudniały dorzucenie nowej porcji na górę. Była to iście syzyfowa praca, bo im więcej Janka wrzuciła z jednej strony, tym więcej spadało z drugiej. W dodatku, gdy wreszcie udało się uzbierać na wozie wielką kopę zboża i przewiozło się ją do stogu, należało z kolei wdrapać się na samą górę, nie zrzucając przy okazji wszystkiego na ziemię i stamtąd podawać proso człowiekowi odpowiedzialnemu za układanie stogu. I tak w kółko, przez cały dzień, w palącym słońcu. Po kilku godzinach Janka była wykończona, a udało jej się uzbierać ledwo dwie arby i to jeszcze niepełne. W dodatku pracowała na bosaka, przez co strasznie pokaleczyła sobie nogi. Letni dzień na Syberii jest bardzo długi, a im pozwolono zejść z pola dopiero, gdy już zmierzchało. Janka ledwo powłóczyła nogami. Podobnie wyglądali wszyscy jej towarzysze niedoli. Zanim jednak dostali coś do jedzenia, musieli najpierw jeszcze wyprząc swoje byki, nakarmić je, napoić i wygonić na noc w step.

niedziela, 24 listopada 2013

Auł

Wczesnym rankiem obudziły ją głosy Kazachów przygotowujących się do pracy. Przetarła oczy i rozejrzała się po chacie. Większość jej towarzyszy również się już obudziła. Janka wstała i przeciągnęła się, żeby rozruszać nieco obolałe mięśnie. Długi marsz dał się we znaki szczególnie stopom, które spuchły jej bardzo. Nawet teraz nie wróciły jeszcze do swojego naturalnego wyglądu i rozmiaru. W brzuchu jej burczało i co jakiś czas przychodziła nieprzyjemna fala mdłości spowodowanych głodem, ale było to już uczucie dobrze znane. Towarzyszyło jej od tak dawna, że stało się czymś niemal naturalnym, więc przestała zwracać na nie uwagę. Wstała i podeszła do maleńkiego okienka, żeby wyjrzeć, co dzieje się na zewnątrz. Poprzedniego wieczora, gdy tu dotarli, była tak zmęczona, że w ogóle nie zwróciła uwagi na to jak wygląda kazachska wioska. Teraz mogła jej się przyjrzeć dokładnie. Nie było tu żadnego większego budynku. Kazachowie budując domy, stawiali najpierw podwójne ściany z wikliny, a później przestrzeń między nimi wypełniali ziemią. Dach również układali z faszyny i przysypywali ziemią. Na koniec, żeby jeszcze uszczelnić i wzmocnić konstrukcję obrzucali zarówno zewnętrzne jaki wewnętrzne ściany gliną zmieszaną z nawozem. Powstałe w ten sposób pomieszczenia z maleńkimi okienkami były ciepłe, bo gruba warstwa piasku była świetnym izolatorem. Janka widywała już w stepie pozostałości po takich osadach, przez miejscowych zwanych aułami. Dawniej naród ten miał ogromne stada bydła, owiec i koni. Byli wolnymi ludźmi i prowadzili niemal koczowniczy tryb życia, przenosząc się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu nowych pastwisk. W ich jadłospisie przeważało mięso i przetwory mleczne, sery, kumys. Zboże i chleb kupowali od Rosjan, ale sami nie potrafili niczego uprawiać. Kiedy w latach trzydziestych prawie cała gospodarka radziecka została upaństwowiona, zabrano im zwierzęta i zmuszono do pracy na rzecz kołchozów. Ci, którzy nie chcieli się podporządkować byli wysyłani do łagrów albo umierali z głodu. Spotkał ich taki sam los jak wiele innych ludów zamieszkujących Syberię. Od wieków tworzyli małe, zamknięte społeczności. Nie lubili osiedlać się w miastach, a nawet gdy byli do tego zmuszeni, budowali swoje chałupki zawsze na obrzeżach, jak najbliżej stepu. Ta potrzeba wolności i przestrzeni była tak głęboko zakorzeniona w ich kulturze i podświadomości, że ani propaganda ani terror nie były w stanie jej wytrzebić. W Irtyszysku też nie mieszkało ich zbyt wielu. Ale ich kobiety często widywała Janka na targu. Wyglądały zupełnie inaczej niż Rosjanki. Miały płaskie, ogorzałe twarze i lekko skośne oczy. Swoje kruczoczarne włosy, dla połysku nacierały masłem albo naftą, a w długie warkocze wplatały ozdobne, kolorowe tasiemki i cienkie blaszki, które pobrzękiwały przyjemnie przy każdym ruchu. Ubierały się w wełniane suknie sięgające łydek, spod których wystawały szerokie pantalony. Na nogach nosiły skórzane kierpce, a zimą grube walonki. Wtedy też, na suknie, nakładały dodatkowo grube, pikowane płaszcze tej samej długości, przewiązane w pasie kolorowymi szarfami. Mężczyźni, bez względu na porę roku nosili na głowach spiczaste, podbite futrem czapki z długimi uszami, tak zwane małahaje i szerokie bufiaste spodnie. Na targu Kazaszki sprzedawały głównie mleko i sery. Nikt, komu udało się kupić lub zachować przed konfiskatą, krowę czy owcę nie myślał o tym, żeby ją zabić na mięso. Zwierzę takie traktowano jak skarb, czasem głównego żywiciela rodziny, którego należało jak najdłużej utrzymać przy życiu. Choćby i pół szklanki mleka dziennie było znacznie cenniejsze niż nawet syty, ale jednorazowy posiłek z poczciwej jałówki. W osadzie, w której się teraz znajdowali, poza stadem wołów i jedną krową, Janka nie zauważyła żadnych innych zwierząt.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Wodopój

Nie licząc historii z mirażem, obaj przewodnicy właściwie w ogóle nie zwracali uwagi na swoich podopiecznych. Nawet między sobą rozmawiali nie wiele, a do dzieciaków nie odzywali się prawie w ogóle, wszystkie ich pytania zbywając milczeniem albo krótkim: 
- Dojedziemy. Zobaczycie. 
Następnego dnia przed południem wszystkim bardzo już doskwierał głód i pragnienie. Janka szła z dwoma Rosjankami z przodu i bezmyślnie wpatrywała się w kołyszące się równomiernie bycze zady. W pewnym momencie z tego letargu wyrwał ją zachrypnięty głos Kazacha siedzącego na koźle, który mówił, że niedaleko przed nimi jest woda, więc jeśli tak bardzo chce im się pić to mogą tam pójść od razu. Jego współtowarzysz zeskoczył z kozła i bez słowa, szybkim krokiem, ruszył we wskazanym kierunku. Janka nie zauważyła w otaczającym ich krajobrazie niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że przed nimi znajduje się jakaś osada albo jakiegokolwiek znaku, który sugerowałby, że zbliżają się do wodopoju. Żadnego charakterystycznego drzewka, wzniesienia. Nic. A jednak Kazach ruszył tak dziarskim i pewnym krokiem, że nie pozostało nic innego tylko zebrać siły i podążyć za nim. I faktycznie, już po chwili dotarli do celu. Choć to, co zastali na miejscu było raczej błotnistym bajorkiem albo wręcz większą kałużą niż prawdziwym zbiornikiem wodnym. Kazach podał im metalowe wiadro, które zabrał z wozu, żeby mogły zaczerpnąć do niego wody. Niestety, mimo że bardzo starały się jej nie zmącić przy nabieraniu, woda okazała się zamulona i pełna małych, ruchliwych żyjątek. Janka wzdrygnęła się na ten widok, ale jedna z Rosjanek szybko zdjęła z głowy chustkę i naciągnęła ją na brzeg wiadra tak, by cedzić przez nią wodę wlewaną do ust. Kazachowi najwyraźniej nie przeszkadzał ani muł ani robactwo. Pił wodę prosto z bajorka nabierając ją po prostu w dłonie i głośno przy tym siorbiąc. Później zdjął buty i nim dziewczęta zdążyły zaprotestować, z wyraźnym zadowoleniem, wsadził stopy do wody. One były tym całkowicie zdegustowane. On zupełnie zignorował ich wymowne spojrzenia. Kiedy wreszcie sobie poszedł, postanowiły, że nie powiedzą nic o tych brudnych stopach reszcie, bo przecież biedacy i tak musieli się tej samej wody napić. Gdy zarówno ludzie jak i zwierzęta zaspokoili pragnienie, niemal całkowicie osuszając bajorko, stary Kazach wsiadł z powrotem na kozioł i wszyscy ruszyli w dalszą drogę. Późnym popołudniem dotarli w końcu do nędznego kołchozu hodowlanego, gdzie wskazano im pustą drewnianą chałupę. W środku nie było żadnych sprzętów, tylko gliniane klepisko wysypane słomą. Przyszła też starsza kobieta, która przyniosła im do jedzenia okrągłe, płaskie bochenki chleba i kipiatok. Nie był to zbyt sycący posiłek, ale nikt nie narzekał. Już podczas jedzenia, Janka poczuła jak opada ją nagłe zmęczenie. Gdy tylko przełknęła ostatni kęs, zwinęła się na kupce świeżej słomy i natychmiast zasnęła.

środa, 16 października 2013

Wszy i ludzie

I rzeczywiście, widok okazał się jedynie fatamorganą. Przez jakiś czas majaczył jeszcze na horyzoncie i Janka zaczęła już myśleć, że ich woźnica się pomylił albo stroi sobie z nich żarty. I w tej właśnie chwili, gdy była już tego niemal pewna, tak samo niespodziewanie jak się pojawiło, jezioro nagle zniknęło. Zawiedzeni szli dalej w milczeniu, ale co jakiś czas każdy z nadzieją zerkał w dal. Janka nie wiedziała wtedy jeszcze, że chociaż na stepie występują czasem jeziora to jednak większość z nich jest płytka i słona. Nie ma mowy, żeby pływały po nich żaglówki. To właśnie z takich słonych jeziorek wydobywano sól, będącą jednym z nielicznych produktów, których na Syberii nie brakowało nawet w najgorszych czasach nieurodzaju i głodu. Janka jednak ciągle zastanawiała się jak to możliwe, że wszyscy widzieli dokładnie to samo. Kiedy nadeszła noc, Kazachowie zatrzymali po prostu wóz i bez zbędnych ceregieli ułożyli się do snu na gołej ziemi. Janka obserwowała jednego z nich jak siedząc po turecku z zapamiętaniem przesuwał między zębami szwy swojej skórzanej kamizeli. Dopiero po chwili zorientowała się, że wygryza w ten sposób wszy, które się w niej zalęgły. Mężczyzna widocznie zauważył wyraz obrzydzenia na jej twarzy, bo burknął: 
- Czego się gapisz? Oni żrą mnie, to ja ich toże. 
Wszy to była prawdziwa plaga, z którą zmagali się tutaj wszyscy nieustannie. Lęgły się w ubraniach i we włosach, powodując dokuczliwe swędzenie i roznosząc choroby takie jak tyfus. Dopiero w Kazachstanie Janka pojęła dokładnie wydźwięk anegdoty, którą zasłyszała kiedyś w domu. Ciotka Wanda Kokorniakowa opowiadała jak w czasie pierwszej wojny światowej zaopatrzyła swojego syna, jadącego na front, w ciepły barani kożuch. Gdy jakiś czas później wrócił do domu na rekonwalescencję, miał na sobie tylko starą filcową kurtkę. Gdy matka spytała go o to, zaśmiał się i powiedział: - Mamo, kożuszek piechotą przeszedł na stronę Francuzów, tyle było na nim wszy!

sobota, 12 października 2013

Żniwa

W sierpniu 1943 roku w Pieczierysku zjawił się pewnego dnia urzędnik z selsowietu. Nadszedł czas żniw, a z powodu wojny brakowało robotników. Najpierw była pogadanka o tym jak wspaniały jest Związek Radziecki, który dba o wszystkich swoich obywateli zapewniając im pracę, żywiąc ich i ubierając. Później o tym, że z powodu zdradzieckiej napaści niemieckiej wszyscy, nawet dzieci, muszą zabrać się do jeszcze bardziej wytężonej pracy ku chwale ojczyzny. Zgromadzona w klubie młodzież, kwiat narodu, nie kwapiła się jednak do czynnego udziału w budowaniu socjalizmu. Ponieważ następnego dnia nikt się dobrowolnie nie stawił w wyznaczonym miejscu, zdegustowany i rozeźlony przedstawiciel selsowietu zabrał pomocnika i ruszył od chaty do chaty szukając bumelantów. Janka sądziła początkowo, że cała sprawa dotyczy tylko młodych Rosjan, ale następnego dnia urzędnik zjawił się także w ich domu. Widząc, że nadchodzi, Janka schowała się w oborze, ale niestety na nic się to zdało. Pani Franciszka próbowała tłumaczyć, że dziewczyna nie może nigdzie jechać, bo ma młodszą siostrę, którą musi się opiekować. Urzędnik ze zrozumieniem kiwał głową po czym, tym samym, nie znoszącym sprzeciwu, tonem, jakiego używał podczas przemowy w klubie oświadczył, że siostra sobie poradzi.
- Przecież mieszka z Babuszką - wskazał na panią Wigantową, a Jance kazał od razu się zbierać. Nie było rady. Spakowała trochę jedzenia, jakąś bieliznę na zmianę i ze spuszczoną głową ruszyła za urzędnikiem. Kiedy dotarli na placyk przed selsowietem okazało się, że mimo całego zamieszania uzbierała się ich tam tylko siódemka, chłopaków i dziewcząt. Nie licząc Janki i dwóch polskich Żydów, byli to, sami Rosjanie. Wszyscy zastanawiali się, gdzie ich zabiorą. W końcu okazało się, że kołchoz, do którego jadą oddalony jest o jakieś sto kilometrów. Nie przysłano jednak po nich żadnej ciężarówki tylko dwóch Kazachów z wozem drabiniastym zaprzężonym w parę byków. Początkowo droga upływała im na pogawędkach, śpiewie i żartach, ale po jakimś czasie wszystkich zaczęła nużyć. Jechali piaszczystą drogą, a po obu jej stronach rozciągał się tylko bezkresny step. Byki sunęły wolno i ospale. Widać było, że poruszają się z coraz większym wysiłkiem, ale stary Kazach nie dawał im ani chwili wytchnienia i wciąż smagał batem, klnąc przy tym siarczyście. W końcu młodym zrobiło się tak żal biednych zwierząt, że zsiedli wszyscy z wozu i dalej szli już na własnych nogach. Po wielu godzinach takiego monotonnego marszu w pełnym słońcu, wszystkim zaczęło doskwierać pragnienie. Już dawno zużyli swoje niewielkie zapasy i teraz z niecierpliwością wypatrywali jakiejś osady, gdzie byłaby studnia pełna zimnej, orzeźwiającej wody. Wokół jednak nadal nie było niczego poza pustym stepem. Dla ludzi pochodzących z kraju, gdzie dominującym kolorem krajobrazu jest zieleń, był to widok równie monotonny, co przygnębiający. Step w Kazachstanie nie kwitł nawet na wiosnę. W niczym nie przypominał bujnych łąk jakie pamiętała Janka z wakacji w Polsce. Tam trawa miała wszystkie odcienie zieleni, poprzetykane czerwonymi, żółtymi, białymi i chabrowymi koralami polnych kwiatów. Była wysoka i soczysta. Tutaj trawa nie była nigdy zielona. Raczej żółto-popielata i w dodatku karłowata. Jedynie w nierównomiernych zagłębieniach tereny, gdzie zbierało się nieco więcej wilgoci wyrastała wyżej niż na kilkanaście centymetrów. Pojedyncze źdźbła nie były płaskie i delikatne, bardziej przypominały igły. Spiczaste, ostro zakończone rurki. Twarde i wytrzymałe, by mogły oprzeć się suszy i gorącym wiatrom. Ale w ciągu lata, gdy wody nie było prawie w ogóle, nawet one stawały się kruche i wysuszone. Gdy się po nich chodziło łamały się i rozpadały z cichym szelestem. Janka zatopiła się w swoich myślach i wspomnieniach, z których wyrwało ją dopiero radosne zawołanie jednej z dziewcząt, która wskazywała ręką coś, co zaczęło nagle majaczyć na horyzoncie. Janka spojrzała w tamtą stronę i aż przetarła oczy nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Przed nimi rozciągało się w oddali olbrzymie jezioro i mogłaby przysiąc, że widzi nawet sylwetki łodzi z białymi żaglami. Zresztą to samo potwierdzali wszyscy jej towarzysze. Niektórzy nawet zaczęli się zastanawiać jak szybko uda im się dotrzeć do brzegów jeziora i czy będą musieli je przepłynąć na jednej z tych łódek. Słysząc te dywagacje, milczący dotąd Kazachowie, wybuchnęli nagle śmiechem. W końcu jeden z nich odwrócił się i wskazując na jezioro oświadczył bezceremonialnie:
 - Niczego tam nie ma. Niczego. Tylko suchy step.

czwartek, 10 października 2013

Cenzurowane listy

Pewnego dnia Janka otrzymała list. Otwierała go drżącymi rękami, bo na kopercie rozpoznała pismo matki. Regina pisała, że dotarły już na miejsce. Nie pisała zbyt wiele o tym jak wygląda życie w łagrze. Chciała się tylko dowiedzieć jak sobie radzą dziewczynki, czy mają gdzie mieszkać i co jeść. Pisała też, że ciocia Zosia prosi, aby odebrały jej rzeczy i w razie potrzeby wymieniały je na to, co będzie im potrzebne. Janka zasmuciła się czytając to, bo wszystkie rzeczy cioci i wujka zabrał już dawno pewien nieznajomy mężczyzna, który podawał się za ich starego przyjaciela. Dopiero później Janka dowiedziała się, że był to ten sam człowiek, który złożył obciążające wujka zeznania w sądzie. W przeciwieństwie do większości oskarżonych, wujek był bowiem sądzony nie tylko za odmowę przyjęcia obywatelstwa białoruskiego, ale ze znacznie poważniejszego paragrafu. Został uznany za wroga ludu siejącego kapitalistyczną propagandę. Jednym ze świadków w jego procesie był ów mężczyzna, profesor, którego Józef znał jeszcze z czasów zaborów, gdy razem z Zofią mieszkali w Odessie. Po wielu latach spotkali się ponownie właśnie tu, w Kazachstanie, gdzie wszyscy przebywali na zesłaniu. Wujek często prowadził z nim niebezpieczne rozmowy o polityce i wyrażał się bardzo negatywnie o władzy. Ten człowiek zadenuncjował go na NKWD. Zeznał także, że i w latach wcześniejszych obywatel Nietupski miał przekonania antybolszewickie, wspierał kontrrewolucję, a gdy tylko nadarzyła się okazja w 1918 roku opuścił Rosję, by wrócić do kapitalistycznej Polski. Poza tymi zeznaniami, sąd miał również inne dowody winy. Podczas przesłuchań i rozprawy przytoczono obszerne fragmenty listów, które Józef pisał do rodziny w Polsce, od samego początku ich pobytu w Kazachstanie. Prostym chłopskim językiem opisywał w nich bardzo dokładnie realia życia na zesłaniu. Głód, biedę i ciężkie warunki życia, zarówno zesłańców jaki ludności miejscowej. Nie omijał żadnych szczegółów ani niewygodnych faktów, a już szczególnie nie ukrywał swojej niechęci do władzy. Regina wielokrotnie ostrzegała go i prosiła, żeby tego nie robił, bo może zaszkodzić nie tylko sobie, ale i całej rodzinie. On jednak zbywał ją i machnąwszy ręką mówił:
 - Przecież wszyscy tutaj piszą listy. Niemożliwością byłoby je czytać. Nie, nie. Nawet oni nie są w stanie sprawdzić wszystkich.
 Mylił się bardzo, a jego listy zostały ocenzurowane, skopiowane i przesłane odpowiednim organom. Dzięki czemu na procesie sędziowie podejmując decyzję o jego dalszym losie mieli przed sobą niepodważalne dowody winy. W połączeniu z historią opowiedzianą przez profesora z Odessy, o tym jakie były jego poglądy polityczne po rewolucji październikowej w Rosji i jak uciekł do Polski w latach dwudziestych, było aż nadto jasne, że o żadnym ułaskawieniu mowy być nie może. To wystarczyło, by skazać go na dziesięć lat ciężkich robót w kolonii karnej. Na mocy wyroku trafił do kopalni siarki w północnym Kazachstanie. Był to już w zasadzie wyrok śmierci, gdyż pobytu w takim miejscu nie było wstanie przeżyć wielu młodych i silnych, a co dopiero niemal sześćdziesięcioletni mężczyzna, schorowany i wyniszczony po dwóch latach zesłania. Praca w kopalni, gdzie do wydobycia używano jedynie prymitywnych narzędzi i siły ludzkich mięśni była już sama w sobie niezwykle ciężka. Więźniów obowiązywał kilkunastogodzinny dzień pracy i minimalne racje żywnościowe. Do tego dochodziły jeszcze trujące wyziewy siarki i nieludzki klimat, potworne upały latem i temperatura spadająca do minus czterdziestu stopni Celsjusza zimą. Wielu więźniów umierało już po kilku miesiącach takiej pracy.

sobota, 7 września 2013

Pierwsza praca

Latem, kilka miesięcy po aresztowaniu Reginy, pani Wigantowa przyszła do domu z wiadomością, że jakaś znajoma Rosjanka potrzebuje kogoś do opieki nad dziećmi. Zabrała Jankę i zaprowadziła ją do rodziny Kurajewych. Stary Kurajew, tak samo jak jego ojciec i pewnie ojciec jego ojca, był młynarzem. Pracował w starym, murowanym młynie, pamiętającym jeszcze lepsze, carskie czasy. Wtedy wszystkiego było pod dostatkiem, a ludzie piekli wspaniałe, jasne chleby z mąki, którą stary Kurajew-ojciec mlął na wielkich żarnach aż była puszysta i delikatna. Ale mimo że Kurajew-syn przeklinał nową władzę i z rozrzewnieniem wspominał dawne czasy to jak na tamte warunki i tak mógł uważać się niemal za bogacza. Miał już jeden, drewniany dom, w którym mieszkał z całą ośmioosobową rodziną. W środku były dwa pokoje i duży, obity blachą piec, który je ogrzewał. Oprócz tego, w kuchni, stał drugi piec chlebowy. A Kurajew-syn i tak budował już nowy dom, jeszcze wspanialszy, bo murowany, trzypokojowy, gdyż jego rodzina wciąż się powiększała. Po śmierci pierwszej pani Kurajewej, ożenił się ponownie z dużo młodszą od niego dziewczyną. Miał już z nią dwóch synów, Wołodię i Miszę i dwie starsze dziewczynki i malutką Ninę, którymi miała zajmować się Janka. Po żonie nieboszczce zostały mu jeszcze trzy starsze córki. Ania i Walentyna, które były niewiele starsze od Janki, mieszkały z nimi. A najstarsza, Taja, studiowała w dalekim Omsku. Nowy dom, choć tutaj uchodził za prawdziwą rezydencję, w niczym nie przypominał domów, w których do tej pory bywała Janka. Gołe ściany i podłogi, stół, kilka krzeseł, łóżka i skrzynia na ubrania. A gdzie miękkie dywany, obrazy na ścianach, kryształowy żyrandol w salonie? Niczego takiego tu nie było. W czasie, gdy Janka ukradkiem przyglądała się skromnemu wnętrzu, pani Franciszka zachwalała jej pracowitość, oddanie i odpowiedzialność. Nie wiedząc, co mogłaby sama powiedzieć, dziewczyna stała tylko cichutko w swojej obdartej sukience i wpatrywała się w swoje brudne, bose stopy. Olga Kurajewa był młodą, pogodną kobietą. Gdy Janka w końcu odważyła się na nią spojrzeć, uśmiechnęła się i powiedziała po prostu:
- No haraszo, diewuszka. Zobaczymy czy poradzisz sobie z tymi moimi łobuzami.
I tak oto Janka pierwszy raz w życiu dostała pracę. Dom Kurajewych stał w innej części miasta niż lepianka Marusi, więc Janka musiała wstawać bardzo wcześnie, żeby codziennie dotrzeć rano na miejsce zanim dzieci wyszły do szkoły. Najgorzej było zimą, gdy musiała przedzierać się przez śnieżne zaspy. Czasami więc zostawała na noc, by nie wracać do domu po ciemku. Na co dzień znowu sprzątała, gotowała i wycierała brudne nosy. Pracowała jak służąca, ale nikt jej tego nie dawał odczuć. Często jadała z gospodarzami przy jednym stole, a nieraz zdarzało się, że Kurajewa dała jej coś dla młodszej siostry, która czekała na nią w domu. Wynagrodzeniem za jej pracę były również produkty żywnościowe: mąka, mleko, czasem trochę ziemniaków albo cebula.