Pod koniec sierpnia, Basia zwierzyła się Jance, że bardzo chciałaby
znowu się uczyć. W grę wchodziła oczywiście tylko rosyjska szkoła i
Janka przypomniała jej najpierw, co o tym mówiła ich matka, gdy w
pierwszym roku zsyłki prosiły ją o to samo.
- Po, co macie chodzić do ruskiej szkoły? Niczego dobrego was tam nie
nauczą.
Wtedy jednak nie przypuszczały, że ich pobyt na Syberii będzie tak
długi. A teraz Basia przekonywała siostrę, że przecież w szkole jest
wiele przedmiotów, które nie mają nic wspólnego z komunistyczną
propagandą, takich jak rachunki, czy przyroda. Nie była też małym
dzieckiem, które wierzyłoby w cukierki wypadające zza portretu Stalina. W
tym czasie już wiele polskich dzieci chodziło do miejscowych szkół,
więc w końcu Janka uległa tym namowom. Sama niestety musiała na razie
zrezygnować z dalszej edukacji, gdyż miała zbyt wiele obowiązków. Basia
zapisała się do drugiej klasy, bo uznała, że na pierwszą jest już za
duża. Mimo że nigdy wcześniej nie chodziła do prawdziwej szkoły, okazała
się bardzo zdolną uczennicą. Na początku, co prawda, ledwo umiała pisać
i czytać, ale po krótkim czasie prześcignęła pozostałe dzieci i
przynosiła do domu same piątki. Problemy zaczęły się wraz z pierwszymi
mrozami. Basia wychodziła do szkoły, a po krótkim czasie wracała z nosem
na kwintę. Szkoła zamknięta, bo w słabo ogrzewanych klasach zamarzł
atrament w kałamarzach i nie było czym pisać. Poza tym dziewczynki miały
tylko jedną parę ciepłych butów. Z tego powodu często wybuchały w domu
kłótnie, gdyż Janka ubierała je idąc do pracy. Wełniane pimy były o
kilka numerów za duże, ale wypchane gazetami spełniały swoją funkcję i
dobrze chroniły stopy przed mrozem. Basia musiała wtedy albo zostać w
domu albo ryzykując odmrożenia wyjść do szkoły w gumowych łapciach.
Postanowiłam opowiedzieć historię sprzed ponad siedemdziesięciu lat głosem mojego pokolenia. Spisując ją oddaję to, co otrzymałam.
niedziela, 5 stycznia 2014
piątek, 3 stycznia 2014
Szczęśliwy finał
W końcu dotarli do Irtyszyska. Janka zupełnie nie pamiętała jak znalazła
się przed domem Marusi. Otworzyła jej pani Wigantowa i aż krzyknęła ze
zdziwienia. Zabrała ją do środka, posadziła w kuchni i zaraz zabrała się
za szykowanie jedzenia. Jankę obudził zapach zupy, postawionej przed
nią na stole. Niemal bez słowa zjadła wszystko, co jej podano, umyła
nogi i ręce, a później już prawie nieprzytomna zwaliła się na posłanie.
Obudziła się dopiero następnego dnia, koło południa i przez chwilę miała
wrażenie, że ucieczka ze żniw była tylko dziwnym snem. Pani Franciszka
ciągle przerażona tym, że przeszli taki kawał drogi na piechotę,
zupełnie sami, wciąż pytała ją jak się czuje. A Janka, ku własnemu
zdumieniu, czuła się znakomicie. Pierwszy raz od wielu dni była
najedzona i wypoczęta, nawet zmęczone nogi nie bolały już tak bardzo.
Jeszcze raz dokładnie opowiedziała podekscytowanej Basi cały przebieg
ich ucieczki, a później poszła odwiedzić jednego z młodszych chłopców,
który był razem z nimi. On znacznie gorzej zniósł tę ich eskapadę. Już w
drodze bardzo narzekał na zmęczenie i ból w nogach, a pod koniec
musieli go prawie wlec trzymając za ramiona, bo ledwo się poruszał. Gdy
teraz Janka dotarła do jego domu, matka chłopca powiedziała jej, że leży
z gorączką i majaczy. Na szczęście lekarz oświadczył, że to tylko
skutek skrajnego zmęczenia i zalecił mu jedynie dłuższy odpoczynek.
Dopiero po kilku dniach Janka zaczęła się zastanawiać, co będzie jeśli
ktoś na nich doniesie. Tym razem jednak obeszło się bez żadnych
poważniejszych konsekwencji. Prawdopodobnie Kazachowie uznali, że ich
pomoc i tak jest niewiele warta i zrezygnowali z powiadamiania
kogokolwiek o ich zniknięciu. Nie mniej, na wszelki wypadek, jeszcze
przez jakiś czas Janka starała się unikać naczelnika i innych
przedstawicieli władz, którzy mogliby sobie przypomnieć, gdzie powinna
się w tej chwili znajdować. Była w końcu uciekinierem, a dobrze
wiedziała, że do łagru można trafić za znacznie mniejsze przewinienia.
Zwłaszcza, że od chwili rozpoczęcia wojny z Niemcami, odmowa wyjścia do
pracy kwalifikowała się jako sabotaż wysiłku wojennego, a więc bardzo
poważne przestępstwo.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Ucieczka
Przeżuwając suchy chleb, który dostali na kolację, Janka spoglądała na
swoje zmizerowane kończyny. Były obolałe i całe pokryte czerwonymi
pręgami zadrapań. Na wnętrzach dłoni miała bąble i odciski od wideł. Po
wielu godzinach na słońcu, paliła ją spalona twarz i ramiona, a mięśnie
i poranione nogi bolały przy najmniejszym ruchu. Miała ze sobą co
prawda zrobione na drutach łapcie, ale na niewiele się ona zdały podczas
drogi, a na ściernisku szybko by się podarły, więc teraz zakładała je
tylko na noc, aby trochę ogrzać stopy. Chciało jej się płakać, ale była
tak zmęczona, że zdążyła zasnąć zanim łzy napłynęły jej do oczu.
Następnego dnia, nikt z nich już nawet nie próbował wyrobić wyznaczonej
normy, a co sprytniejsi, chowając się przed wzrokiem brygadzisty,
odpoczywali opierając się na widłach albo w cieniu pod wozem. Do
wieczora jednak wszyscy byli znowu skonani. Wtedy po raz pierwszy ktoś
rzucił, żeby dać stąd nogę i wrócić do domu. Pomysł wydawał się na
początku absurdalny, ale po jakimś czasie myśl o ucieczce stała się
niemal obsesją. Aż pewnego wieczora, gdy siedzieli wszyscy nad
czygunkiem zupy, Katia, najstarsza z nich, stwierdziła, że należy ją
wreszcie wprowadzić w życie. Uznała, że ich wkład w budowę państwa
socjalistycznego jest już dostateczny i zrobili więcej niż niejeden
komsomolec, a teraz trzeba wiać i basta. Każdy musiał się zdeklarować
czy ucieka, a ci którzy postanowiliby zostać, mieli przysiąc, że nikogo
nie wydadzą. Nikt jednak zostawać nie zamierzał. Plan był dość prosty.
Następnego ranka, schowali cały chleb jaki im przydzielono. A gdy
przyszło zaprzęgać byki, ociągali się tak długo aż wszyscy starsi
Kazachowie pojechali w pole. Gdy było już w miarę bezpiecznie, na
umówiony znak, wszyscy dezerterzy puścili się pędem w step, żeby jak
najszybciej znaleźć się poza zasięgiem wzroku brygadzisty. Przez jakiś
czas biegli w obawie, że ktoś będzie ich ścigał. Wkrótce jednak żadne z
nich nie mogło już złapać oddechu, więc zatrzymali się i ukryli w jakimś
zagłębieniu terenu. A upewniwszy się, że nikt nie podąża ich śladem,
postanowili coś zjeść i chwilę odpocząć. Później Katia zarządziła
wymarsz w dalszą drogę, a ponieważ była już ich niekwestionowanym
przywódcą, nikt nie oponował. Powietrze na stepie jest tak przejrzyste,
że widać wszystko na odległość wielu kilometrów. Łatwo przez to zgubić
orientację. Patrząc na domy i kominy, z których wyraźnie unoszą się
smużki dymu, łatwo ulec złudzeniu, że osada znajduje się tuż tuż.
Zaledwie kilkanaście minut marszu, ot krótki spacer. Gdy tymczasem jest
ona oddalona o wiele kilometrów. Wiedzieli tylko, że muszą zmierzać na
północ. Ale ponieważ nikt oczywiście nie miał kompasu, musieli zdać się
na swój instynkt. Szli cały dzień, ale niestety niebo było zachmurzone,
nie mogli więc nawet po ruchu słońca stwierdzić, ani która jest godzina
ani czy wybrali właściwy kierunek. Teraz jednak nie było już wyjścia, bo
powrót do kazachskiego aułu nie wchodził w grę. Gdy zrobiło się już
prawie całkiem ciemno, natrafili na niewielką wioskę. Chociaż byli
bardzo głodni, po krótkiej naradzie doszli do wniosku, że ujawnianie się
jest jednak zbyt niebezpieczne. Po kryjomu, więc nabrali tylko wody ze
studni. Noc spędzili przy drodze, przytuleni do siebie, żeby trochę się
ogrzać. Na niewiele się to jednak zdało i byli zmuszeni wstać jeszcze
przed świtem z powodu przejmującego zimna. Janka była cała skostniała i
zmęczona prawie tak samo jak po pracy na polu, ale i tak cieszyła się,
że dołączyła do grupy uciekinierów.
Po kilku kolejnych godzinach marszu znowu zbliżyli się do jakiejś osady i
tym razem postanowili jednak zdobyć coś do jedzenia. Janka przypomniała
sobie, że ma jeszcze ze sobą trochę herbaty. Ponieważ bez żadnego
naczynia i możliwości zagotowania wody, był to dla nich i tak produkt
zupełnie bezużyteczny postanowili wymienić go na coś do jedzenia. W
obstawie dwójki najodważniejszych chłopaków, Janka ruszyła do wioski.
Reszta ukryła się w pobliżu i z niecierpliwością czekała na ich powrót.
Co prawda nikt ich nie zatrzymał, ani nawet specjalnie nie wypytywał, co
tu robią, ale na gościnę i pomoc też nie było co liczyć. Chleba i
kawałka sera, który otrzymali w zamian za herbatę, starczyło tylko na
to, żeby zagłuszyć największy głód. Próbowali znaleźć coś do jedzenia po
drodze, ale późnym latem step ma niewiele do zaoferowania. Wszędzie
tylko wysuszona trawa i nic więcej. Szli cały kolejny dzień, coraz
bardziej głodni i zmęczeni. Najpierw Jance wydawało się, że nie może
myśleć o niczym innym poza jedzeniem i piciem. Później myślała o tym jak
bardzo jest zmęczona i chce odpocząć. A gdy zapadł zmrok, a oni szli
nadal, przestała myśleć w ogóle. Jej nogi posuwały się w dość powolnym,
miarowym tempie, ale miała wrażenie, że dzieje się to mimowolnie,
zupełnie bez udziału jej świadomości. Nie rozmawiali ze sobą już od
wielu godzin. Aż nagle Janka spostrzegła, że idzie obok wozu
zaprzęgniętego w byki. Przez chwilę myślała, że to znowu złudzenie, ale
dotknęła wozu i poczuła pod palcami szorstką powierzchnię drewna.
Musiała przez jakiś czas spać podczas marszu, bo nie zauważyła nawet
kiedy zbliżyli się do wozu, zmierzającego w tę samą stronę, co oni.
Dopiero teraz usłyszała woźnicę pytającego skąd się tu wzięli. Ktoś
rzucił dość lakonicznie, że wracają ze żniw, co po części było przecież
prawdą, a mężczyzna o nic więcej już nie pytał. Nie pozwolił im usiąść
na wozie, bo jego woły były zbyt zmęczone, by uciągnąć taki ciężar, ale
mogli chwycić się drewnianej burty, co już znacznie pomagało w marszu.
piątek, 13 grudnia 2013
Pierwszy dzień w polu
Rano dostali znowu po bochenku chleba i kubek mleka. Przeczuwając, że
będzie to ich jedyny prowiant na cały dzień, Janka przezornie zjadła
tylko pół, a resztę zawinęła w szmatkę i schowała do swojego tłumoczka.
Później Kazachowie zabrali ich na pastwisko. Kazali każdemu złapać parę
byków i zaprząc je do wozu. Biedna Janka umiała już zajmować się krową,
ale wielkie, rogate buhaje budziły w niej strach. Zresztą, nie bardzo
mogła sobie wyobrazić, jak sama ma sobie poradzić aż z dwoma bykami i w
dodatku nakłonić je do założenia jarzma, które samo w sobie było już tak
ciężkie, że ledwo mogła je unieść. Na szczęście przyszedł jej z pomocą
jeden z chłopców, który najwyraźniej miał już w tym niemałą wprawę.
Najpierw trzeba było naprowadzić oba byki tyłem do arby, czyli wozu, tak
by jego dyszel znalazł się między nimi. A następnie najpierw jednemu, a
później drugiemu założyć na głowę specjalnie wyprofilowaną deskę. Na
jej końcach zamocowane były specjalne zatyczki, które łączyły ją z
dyszlem. Choć samo zadanie zaprzęgania nie stawało się przez to wcale
prostsze, to jednak Janka z ulgą stwierdziła, że byki są zupełnie
niegroźne. Były uległe i pokornie znosiły ciężką pracę, do której je
zmuszano. Chłopak, który wcześniej pomógł jej w zaprzęganiu, teraz
pokazał też jak kierować wozem. Ku jej wielkiemu zdziwieniu, okazało się
to banalnie proste. Aby skręcić w lewo, należało prawego byka uderzać w
bok cienką witką. Gdy ten zaczynał skręcać, ciągnąc ze sobą jarzmo,
równocześnie zmuszał do takiego samego ruchu drugie zwierzę.
Gdy już wszyscy byli gotowi, zarządzający nimi Kazach przystąpił do
wyjaśniania na czym polegać będzie ich dalsza praca. Otóż, całe skoszone
proso, które już wcześniej zgrabiono w małe pryzmy rozrzucone na
przestrzeni kilkudziesięciu hektarów, teraz należało zebrać na wozy i
zwieźć w wyznaczone miejsce, gdzie układano je w wysokie stogi.
Jak w każdej pracy dla sowieckiego sojuza, i tu, należało wyrobić
dzienną normę. Każdy z młodych pomocników miał samodzielnie zwieźć
czternaście arbów zboża do stogu. Była to oczywiście liczba tak
absurdalnie wysoka, że żadne z nich nie miało szansy nawet się do niej
zbliżyć. Musieli o tym wiedzieć wszyscy, którzy mieli wcześniej z taką
pracą do czynienia, nikt jednak nie próbował kwestionować tego
zarządzenia. Janka już przy pierwszym wozie zorientowała się, że tego
dnia z pewnością nie zostanie przodownikiem pracy. Narzucanie zboża na
wóz było zadaniem odpowiednim dla zdrowego, silnego mężczyzny, a nie dla
wychudzonej piętnastolatki, która nigdy wcześniej nie pracowała w polu.
Po bokach arba wyposażona była w drewniane drabinki, które miały
zapobiegać spadaniu zboża na ziemię. Gdy jednak były podniesione,
utrudniały dorzucenie nowej porcji na górę. Była to iście syzyfowa
praca, bo im więcej Janka wrzuciła z jednej strony, tym więcej spadało z
drugiej. W dodatku, gdy wreszcie udało się uzbierać na wozie wielką
kopę zboża i przewiozło się ją do stogu, należało z kolei wdrapać się na
samą górę, nie zrzucając przy okazji wszystkiego na ziemię i stamtąd
podawać proso człowiekowi odpowiedzialnemu za układanie stogu. I tak w
kółko, przez cały dzień, w palącym słońcu. Po kilku godzinach Janka była
wykończona, a udało jej się uzbierać ledwo dwie arby i to jeszcze
niepełne. W dodatku pracowała na bosaka, przez co strasznie pokaleczyła
sobie nogi.
Letni dzień na Syberii jest bardzo długi, a im pozwolono zejść z pola
dopiero, gdy już zmierzchało. Janka ledwo powłóczyła nogami. Podobnie
wyglądali wszyscy jej towarzysze niedoli. Zanim jednak dostali coś do
jedzenia, musieli najpierw jeszcze wyprząc swoje byki, nakarmić je,
napoić i wygonić na noc w step.
niedziela, 24 listopada 2013
Auł
Wczesnym rankiem obudziły ją głosy Kazachów przygotowujących się do
pracy. Przetarła oczy i rozejrzała się po chacie. Większość jej
towarzyszy również się już obudziła. Janka wstała i przeciągnęła się,
żeby rozruszać nieco obolałe mięśnie. Długi marsz dał się we znaki
szczególnie stopom, które spuchły jej bardzo. Nawet teraz nie wróciły
jeszcze do swojego naturalnego wyglądu i rozmiaru. W brzuchu jej
burczało i co jakiś czas przychodziła nieprzyjemna fala mdłości
spowodowanych głodem, ale było to już uczucie dobrze znane. Towarzyszyło
jej od tak dawna, że stało się czymś niemal naturalnym, więc przestała
zwracać na nie uwagę. Wstała i podeszła do maleńkiego okienka, żeby
wyjrzeć, co dzieje się na zewnątrz. Poprzedniego wieczora, gdy tu
dotarli, była tak zmęczona, że w ogóle nie zwróciła uwagi na to jak
wygląda kazachska wioska. Teraz mogła jej się przyjrzeć dokładnie. Nie
było tu żadnego większego budynku. Kazachowie budując domy, stawiali
najpierw podwójne ściany z wikliny, a później przestrzeń między nimi
wypełniali ziemią. Dach również układali z faszyny i przysypywali
ziemią. Na koniec, żeby jeszcze uszczelnić i wzmocnić konstrukcję
obrzucali zarówno zewnętrzne jaki wewnętrzne ściany gliną zmieszaną z
nawozem. Powstałe w ten sposób pomieszczenia z maleńkimi okienkami były
ciepłe, bo gruba warstwa piasku była świetnym izolatorem. Janka widywała
już w stepie pozostałości po takich osadach, przez miejscowych zwanych
aułami. Dawniej naród ten miał ogromne stada bydła, owiec i koni. Byli
wolnymi ludźmi i prowadzili niemal koczowniczy tryb życia, przenosząc
się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu nowych pastwisk. W ich
jadłospisie przeważało mięso i przetwory mleczne, sery, kumys. Zboże i
chleb kupowali od Rosjan, ale sami nie potrafili niczego uprawiać. Kiedy
w latach trzydziestych prawie cała gospodarka radziecka została
upaństwowiona, zabrano im zwierzęta i zmuszono do pracy na rzecz
kołchozów. Ci, którzy nie chcieli się podporządkować byli wysyłani do
łagrów albo umierali z głodu. Spotkał ich taki sam los jak wiele innych
ludów zamieszkujących Syberię. Od wieków tworzyli małe, zamknięte
społeczności. Nie lubili osiedlać się w miastach, a nawet gdy byli do
tego zmuszeni, budowali swoje chałupki zawsze na obrzeżach, jak
najbliżej stepu. Ta potrzeba wolności i przestrzeni była tak głęboko
zakorzeniona w ich kulturze i podświadomości, że ani propaganda ani
terror nie były w stanie jej wytrzebić.
W Irtyszysku też nie mieszkało ich zbyt wielu. Ale ich kobiety często
widywała Janka na targu. Wyglądały zupełnie inaczej niż Rosjanki. Miały
płaskie, ogorzałe twarze i lekko skośne oczy. Swoje kruczoczarne włosy,
dla połysku nacierały masłem albo naftą, a w długie warkocze wplatały
ozdobne, kolorowe tasiemki i cienkie blaszki, które pobrzękiwały
przyjemnie przy każdym ruchu. Ubierały się w wełniane suknie sięgające
łydek, spod których wystawały szerokie pantalony. Na nogach nosiły
skórzane kierpce, a zimą grube walonki. Wtedy też, na suknie, nakładały
dodatkowo grube, pikowane płaszcze tej samej długości, przewiązane w
pasie kolorowymi szarfami. Mężczyźni, bez względu na porę roku nosili na
głowach spiczaste, podbite futrem czapki z długimi uszami, tak zwane
małahaje i szerokie bufiaste spodnie.
Na targu Kazaszki sprzedawały głównie mleko i sery. Nikt, komu udało się
kupić lub zachować przed konfiskatą, krowę czy owcę nie myślał o tym,
żeby ją zabić na mięso. Zwierzę takie traktowano jak skarb, czasem
głównego żywiciela rodziny, którego należało jak najdłużej utrzymać przy
życiu. Choćby i pół szklanki mleka dziennie było znacznie cenniejsze
niż nawet syty, ale jednorazowy posiłek z poczciwej jałówki. W osadzie, w
której się teraz znajdowali, poza stadem wołów i jedną krową, Janka nie
zauważyła żadnych innych zwierząt.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Wodopój
Nie licząc historii z mirażem, obaj przewodnicy właściwie w ogóle nie
zwracali uwagi na swoich podopiecznych. Nawet między sobą rozmawiali nie
wiele, a do dzieciaków nie odzywali się prawie w ogóle, wszystkie ich
pytania zbywając milczeniem albo krótkim:
- Dojedziemy. Zobaczycie.
Następnego dnia przed południem wszystkim bardzo już doskwierał głód i
pragnienie. Janka szła z dwoma Rosjankami z przodu i bezmyślnie
wpatrywała się w kołyszące się równomiernie bycze zady. W pewnym
momencie z tego letargu wyrwał ją zachrypnięty głos Kazacha siedzącego
na koźle, który mówił, że niedaleko przed nimi jest woda, więc jeśli tak
bardzo chce im się pić to mogą tam pójść od razu. Jego współtowarzysz
zeskoczył z kozła i bez słowa, szybkim krokiem, ruszył we wskazanym
kierunku. Janka nie zauważyła w otaczającym ich krajobrazie niczego, co
mogłoby świadczyć o tym, że przed nimi znajduje się jakaś osada albo
jakiegokolwiek znaku, który sugerowałby, że zbliżają się do wodopoju.
Żadnego charakterystycznego drzewka, wzniesienia. Nic. A jednak Kazach
ruszył tak dziarskim i pewnym krokiem, że nie pozostało nic innego tylko
zebrać siły i podążyć za nim. I faktycznie, już po chwili dotarli do
celu. Choć to, co zastali na miejscu było raczej błotnistym bajorkiem
albo wręcz większą kałużą niż prawdziwym zbiornikiem wodnym. Kazach
podał im metalowe wiadro, które zabrał z wozu, żeby mogły zaczerpnąć do
niego wody. Niestety, mimo że bardzo starały się jej nie zmącić przy
nabieraniu, woda okazała się zamulona i pełna małych, ruchliwych
żyjątek. Janka wzdrygnęła się na ten widok, ale jedna z Rosjanek szybko
zdjęła z głowy chustkę i naciągnęła ją na brzeg wiadra tak, by cedzić
przez nią wodę wlewaną do ust. Kazachowi najwyraźniej nie przeszkadzał
ani muł ani robactwo. Pił wodę prosto z bajorka nabierając ją po prostu w
dłonie i głośno przy tym siorbiąc. Później zdjął buty i nim dziewczęta
zdążyły zaprotestować, z wyraźnym zadowoleniem, wsadził stopy do wody.
One były tym całkowicie zdegustowane. On zupełnie zignorował ich wymowne
spojrzenia. Kiedy wreszcie sobie poszedł, postanowiły, że nie powiedzą
nic o tych brudnych stopach reszcie, bo przecież biedacy i tak musieli
się tej samej wody napić.
Gdy zarówno ludzie jak i zwierzęta zaspokoili pragnienie, niemal
całkowicie osuszając bajorko, stary Kazach wsiadł z powrotem na kozioł i
wszyscy ruszyli w dalszą drogę. Późnym popołudniem dotarli w końcu do
nędznego kołchozu hodowlanego, gdzie wskazano im pustą drewnianą
chałupę. W środku nie było żadnych sprzętów, tylko gliniane klepisko
wysypane słomą. Przyszła też starsza kobieta, która przyniosła im do
jedzenia okrągłe, płaskie bochenki chleba i kipiatok. Nie był to zbyt
sycący posiłek, ale nikt nie narzekał. Już podczas jedzenia, Janka
poczuła jak opada ją nagłe zmęczenie. Gdy tylko przełknęła ostatni kęs,
zwinęła się na kupce świeżej słomy i natychmiast zasnęła.
środa, 16 października 2013
Wszy i ludzie
I rzeczywiście, widok okazał się jedynie fatamorganą. Przez jakiś czas
majaczył jeszcze na horyzoncie i Janka zaczęła już myśleć, że ich
woźnica się pomylił albo stroi sobie z nich żarty. I w tej właśnie
chwili, gdy była już tego niemal pewna, tak samo niespodziewanie jak się
pojawiło, jezioro nagle zniknęło. Zawiedzeni szli dalej w milczeniu,
ale co jakiś czas każdy z nadzieją zerkał w dal. Janka nie wiedziała
wtedy jeszcze, że chociaż na stepie występują czasem jeziora to jednak
większość z nich jest płytka i słona. Nie ma mowy, żeby pływały po nich
żaglówki. To właśnie z takich słonych jeziorek wydobywano sól, będącą
jednym z nielicznych produktów, których na Syberii nie brakowało nawet w
najgorszych czasach nieurodzaju i głodu. Janka jednak ciągle
zastanawiała się jak to możliwe, że wszyscy widzieli dokładnie to samo.
Kiedy nadeszła noc, Kazachowie zatrzymali po prostu wóz i bez zbędnych
ceregieli ułożyli się do snu na gołej ziemi. Janka obserwowała jednego z
nich jak siedząc po turecku z zapamiętaniem przesuwał między zębami
szwy swojej skórzanej kamizeli. Dopiero po chwili zorientowała się, że
wygryza w ten sposób wszy, które się w niej zalęgły. Mężczyzna widocznie
zauważył wyraz obrzydzenia na jej twarzy, bo burknął:
- Czego się gapisz? Oni żrą mnie, to ja ich toże.
Wszy to była prawdziwa plaga, z którą zmagali się tutaj wszyscy
nieustannie. Lęgły się w ubraniach i we włosach, powodując dokuczliwe
swędzenie i roznosząc choroby takie jak tyfus. Dopiero w Kazachstanie
Janka pojęła dokładnie wydźwięk anegdoty, którą zasłyszała kiedyś w
domu. Ciotka Wanda Kokorniakowa opowiadała jak w czasie pierwszej wojny
światowej zaopatrzyła swojego syna, jadącego na front, w ciepły barani
kożuch. Gdy jakiś czas później wrócił do domu na rekonwalescencję, miał
na sobie tylko starą filcową kurtkę. Gdy matka spytała go o to, zaśmiał
się i powiedział:
- Mamo, kożuszek piechotą przeszedł na stronę Francuzów, tyle było na
nim wszy!
sobota, 12 października 2013
Żniwa
W sierpniu 1943 roku w Pieczierysku zjawił się pewnego dnia urzędnik z
selsowietu. Nadszedł czas żniw, a z powodu wojny brakowało robotników.
Najpierw była pogadanka o tym jak wspaniały jest Związek Radziecki,
który dba o wszystkich swoich obywateli zapewniając im pracę, żywiąc ich
i ubierając. Później o tym, że z powodu zdradzieckiej napaści
niemieckiej wszyscy, nawet dzieci, muszą zabrać się do jeszcze bardziej
wytężonej pracy ku chwale ojczyzny. Zgromadzona w klubie młodzież, kwiat
narodu, nie kwapiła się jednak do czynnego udziału w budowaniu
socjalizmu. Ponieważ następnego dnia nikt się dobrowolnie nie stawił w
wyznaczonym miejscu, zdegustowany i rozeźlony przedstawiciel selsowietu
zabrał pomocnika i ruszył od chaty do chaty szukając bumelantów. Janka
sądziła początkowo, że cała sprawa dotyczy tylko młodych Rosjan, ale
następnego dnia urzędnik zjawił się także w ich domu. Widząc, że
nadchodzi, Janka schowała się w oborze, ale niestety na nic się to
zdało. Pani Franciszka próbowała tłumaczyć, że dziewczyna nie może
nigdzie jechać, bo ma młodszą siostrę, którą musi się opiekować.
Urzędnik ze zrozumieniem kiwał głową po czym, tym samym, nie znoszącym
sprzeciwu, tonem, jakiego używał podczas przemowy w klubie oświadczył,
że siostra sobie poradzi.
- Przecież mieszka z Babuszką - wskazał na panią Wigantową, a Jance
kazał od razu się zbierać.
Nie było rady. Spakowała trochę jedzenia, jakąś bieliznę na zmianę i ze
spuszczoną głową ruszyła za urzędnikiem. Kiedy dotarli na placyk przed
selsowietem okazało się, że mimo całego zamieszania uzbierała się ich
tam tylko siódemka, chłopaków i dziewcząt. Nie licząc Janki i dwóch
polskich Żydów, byli to, sami Rosjanie. Wszyscy zastanawiali się, gdzie
ich zabiorą. W końcu okazało się, że kołchoz, do którego jadą oddalony
jest o jakieś sto kilometrów. Nie przysłano jednak po nich żadnej
ciężarówki tylko dwóch Kazachów z wozem drabiniastym zaprzężonym w parę
byków. Początkowo droga upływała im na pogawędkach, śpiewie i żartach,
ale po jakimś czasie wszystkich zaczęła nużyć. Jechali piaszczystą
drogą, a po obu jej stronach rozciągał się tylko bezkresny step. Byki
sunęły wolno i ospale. Widać było, że poruszają się z coraz większym
wysiłkiem, ale stary Kazach nie dawał im ani chwili wytchnienia i wciąż
smagał batem, klnąc przy tym siarczyście. W końcu młodym zrobiło się tak
żal biednych zwierząt, że zsiedli wszyscy z wozu i dalej szli już na
własnych nogach. Po wielu godzinach takiego monotonnego marszu w pełnym
słońcu, wszystkim zaczęło doskwierać pragnienie. Już dawno zużyli swoje
niewielkie zapasy i teraz z niecierpliwością wypatrywali jakiejś osady,
gdzie byłaby studnia pełna zimnej, orzeźwiającej wody. Wokół jednak
nadal nie było niczego poza pustym stepem. Dla ludzi pochodzących z
kraju, gdzie dominującym kolorem krajobrazu jest zieleń, był to widok
równie monotonny, co przygnębiający. Step w Kazachstanie nie kwitł nawet
na wiosnę. W niczym nie przypominał bujnych łąk jakie pamiętała Janka z
wakacji w Polsce. Tam trawa miała wszystkie odcienie zieleni,
poprzetykane czerwonymi, żółtymi, białymi i chabrowymi koralami polnych
kwiatów. Była wysoka i soczysta. Tutaj trawa nie była nigdy zielona.
Raczej żółto-popielata i w dodatku karłowata. Jedynie w nierównomiernych
zagłębieniach tereny, gdzie zbierało się nieco więcej wilgoci wyrastała
wyżej niż na kilkanaście centymetrów. Pojedyncze źdźbła nie były
płaskie i delikatne, bardziej przypominały igły. Spiczaste, ostro
zakończone rurki. Twarde i wytrzymałe, by mogły oprzeć się suszy i
gorącym wiatrom. Ale w ciągu lata, gdy wody nie było prawie w ogóle,
nawet one stawały się kruche i wysuszone. Gdy się po nich chodziło
łamały się i rozpadały z cichym szelestem. Janka zatopiła się w swoich
myślach i wspomnieniach, z których wyrwało ją dopiero radosne zawołanie
jednej z dziewcząt, która wskazywała ręką coś, co zaczęło nagle majaczyć
na horyzoncie. Janka spojrzała w tamtą stronę i aż przetarła oczy nie
mogąc uwierzyć w to, co widzi. Przed nimi rozciągało się w oddali
olbrzymie jezioro i mogłaby przysiąc, że widzi nawet sylwetki łodzi z
białymi żaglami. Zresztą to samo potwierdzali wszyscy jej towarzysze.
Niektórzy nawet zaczęli się zastanawiać jak szybko uda im się dotrzeć do
brzegów jeziora i czy będą musieli je przepłynąć na jednej z tych
łódek. Słysząc te dywagacje, milczący dotąd Kazachowie, wybuchnęli nagle
śmiechem. W końcu jeden z nich odwrócił się i wskazując na jezioro
oświadczył bezceremonialnie:
- Niczego tam nie ma. Niczego. Tylko suchy step.
czwartek, 10 października 2013
Cenzurowane listy
Pewnego dnia Janka otrzymała list. Otwierała go drżącymi rękami, bo na
kopercie rozpoznała pismo matki. Regina pisała, że dotarły już na
miejsce. Nie pisała zbyt wiele o tym jak wygląda życie w łagrze. Chciała
się tylko dowiedzieć jak sobie radzą dziewczynki, czy mają gdzie
mieszkać i co jeść. Pisała też, że ciocia Zosia prosi, aby odebrały jej
rzeczy i w razie potrzeby wymieniały je na to, co będzie im potrzebne.
Janka zasmuciła się czytając to, bo wszystkie rzeczy cioci i wujka
zabrał już dawno pewien nieznajomy mężczyzna, który podawał się za ich
starego przyjaciela. Dopiero później Janka dowiedziała się, że był to
ten sam człowiek, który złożył obciążające wujka zeznania w sądzie. W
przeciwieństwie do większości oskarżonych, wujek był bowiem sądzony nie
tylko za odmowę przyjęcia obywatelstwa białoruskiego, ale ze znacznie
poważniejszego paragrafu. Został uznany za wroga ludu siejącego
kapitalistyczną propagandę. Jednym ze świadków w jego procesie był ów
mężczyzna, profesor, którego Józef znał jeszcze z czasów zaborów, gdy
razem z Zofią mieszkali w Odessie. Po wielu latach spotkali się ponownie
właśnie tu, w Kazachstanie, gdzie wszyscy przebywali na zesłaniu. Wujek
często prowadził z nim niebezpieczne rozmowy o polityce i wyrażał się
bardzo negatywnie o władzy. Ten człowiek zadenuncjował go na NKWD.
Zeznał także, że i w latach wcześniejszych obywatel Nietupski miał
przekonania antybolszewickie, wspierał kontrrewolucję, a gdy tylko
nadarzyła się okazja w 1918 roku opuścił Rosję, by wrócić do
kapitalistycznej Polski. Poza tymi zeznaniami, sąd miał również inne
dowody winy. Podczas przesłuchań i rozprawy przytoczono obszerne
fragmenty listów, które Józef pisał do rodziny w Polsce, od samego
początku ich pobytu w Kazachstanie. Prostym chłopskim językiem opisywał w
nich bardzo dokładnie realia życia na zesłaniu. Głód, biedę i ciężkie
warunki życia, zarówno zesłańców jaki ludności miejscowej. Nie omijał
żadnych szczegółów ani niewygodnych faktów, a już szczególnie nie
ukrywał swojej niechęci do władzy. Regina wielokrotnie ostrzegała go i
prosiła, żeby tego nie robił, bo może zaszkodzić nie tylko sobie, ale i
całej rodzinie. On jednak zbywał ją i machnąwszy ręką mówił:
- Przecież wszyscy tutaj piszą listy. Niemożliwością byłoby je czytać.
Nie, nie. Nawet oni nie są w stanie sprawdzić wszystkich.
Mylił się bardzo, a jego listy zostały ocenzurowane, skopiowane i
przesłane odpowiednim organom. Dzięki czemu na procesie sędziowie
podejmując decyzję o jego dalszym losie mieli przed sobą niepodważalne
dowody winy. W połączeniu z historią opowiedzianą przez profesora z
Odessy, o tym jakie były jego poglądy polityczne po rewolucji
październikowej w Rosji i jak uciekł do Polski w latach dwudziestych,
było aż nadto jasne, że o żadnym ułaskawieniu mowy być nie może. To
wystarczyło, by skazać go na dziesięć lat ciężkich robót w kolonii
karnej. Na mocy wyroku trafił do kopalni siarki w północnym
Kazachstanie. Był to już w zasadzie wyrok śmierci, gdyż pobytu w takim
miejscu nie było wstanie przeżyć wielu młodych i silnych, a co dopiero
niemal sześćdziesięcioletni mężczyzna, schorowany i wyniszczony po dwóch
latach zesłania. Praca w kopalni, gdzie do wydobycia używano jedynie
prymitywnych narzędzi i siły ludzkich mięśni była już sama w sobie
niezwykle ciężka. Więźniów obowiązywał kilkunastogodzinny dzień pracy i
minimalne racje żywnościowe. Do tego dochodziły jeszcze trujące wyziewy
siarki i nieludzki klimat, potworne upały latem i temperatura spadająca
do minus czterdziestu stopni Celsjusza zimą. Wielu więźniów umierało już
po kilku miesiącach takiej pracy.
sobota, 7 września 2013
Pierwsza praca
Latem, kilka miesięcy po aresztowaniu Reginy, pani Wigantowa przyszła do
domu z wiadomością, że jakaś znajoma Rosjanka potrzebuje kogoś do
opieki nad dziećmi. Zabrała Jankę i zaprowadziła ją do rodziny
Kurajewych. Stary Kurajew, tak samo jak jego ojciec i pewnie ojciec jego
ojca, był młynarzem. Pracował w starym, murowanym młynie, pamiętającym
jeszcze lepsze, carskie czasy. Wtedy wszystkiego było pod dostatkiem, a
ludzie piekli wspaniałe, jasne chleby z mąki, którą stary Kurajew-ojciec
mlął na wielkich żarnach aż była puszysta i delikatna. Ale mimo że
Kurajew-syn przeklinał nową władzę i z rozrzewnieniem wspominał dawne
czasy to jak na tamte warunki i tak mógł uważać się niemal za bogacza.
Miał już jeden, drewniany dom, w którym mieszkał z całą ośmioosobową
rodziną. W środku były dwa pokoje i duży, obity blachą piec, który je
ogrzewał. Oprócz tego, w kuchni, stał drugi piec chlebowy. A Kurajew-syn
i tak budował już nowy dom, jeszcze wspanialszy, bo murowany,
trzypokojowy, gdyż jego rodzina wciąż się powiększała. Po śmierci
pierwszej pani Kurajewej, ożenił się ponownie z dużo młodszą od niego
dziewczyną. Miał już z nią dwóch synów, Wołodię i Miszę i dwie
starsze dziewczynki i malutką Ninę, którymi miała zajmować się Janka. Po
żonie nieboszczce zostały mu jeszcze trzy starsze córki. Ania i Walentyna,
które były niewiele starsze od Janki, mieszkały z nimi. A najstarsza,
Taja, studiowała w dalekim Omsku.
Nowy dom, choć tutaj uchodził za prawdziwą rezydencję, w niczym nie
przypominał domów, w których do tej pory bywała Janka. Gołe ściany i
podłogi, stół, kilka krzeseł, łóżka i skrzynia na ubrania. A gdzie
miękkie dywany, obrazy na ścianach, kryształowy żyrandol w salonie?
Niczego takiego tu nie było. W czasie, gdy Janka ukradkiem przyglądała
się skromnemu wnętrzu, pani Franciszka zachwalała jej pracowitość,
oddanie i odpowiedzialność. Nie wiedząc, co mogłaby sama powiedzieć,
dziewczyna stała tylko cichutko w swojej obdartej sukience i wpatrywała
się w swoje brudne, bose stopy. Olga Kurajewa był młodą, pogodną
kobietą. Gdy Janka w końcu odważyła się na nią spojrzeć, uśmiechnęła się
i powiedziała po prostu:
- No haraszo, diewuszka. Zobaczymy czy poradzisz sobie z tymi moimi
łobuzami.
I tak oto Janka pierwszy raz w życiu dostała pracę.
Dom Kurajewych stał w innej części miasta niż lepianka Marusi, więc
Janka musiała wstawać bardzo wcześnie, żeby codziennie dotrzeć rano na
miejsce zanim dzieci wyszły do szkoły. Najgorzej było zimą, gdy musiała
przedzierać się przez śnieżne zaspy. Czasami więc zostawała na noc, by
nie wracać do domu po ciemku. Na co dzień znowu sprzątała, gotowała i
wycierała brudne nosy. Pracowała jak służąca, ale nikt jej tego nie
dawał odczuć. Często jadała z gospodarzami przy jednym stole, a nieraz
zdarzało się, że Kurajewa dała jej coś dla młodszej siostry, która
czekała na nią w domu. Wynagrodzeniem za jej pracę były również produkty
żywnościowe: mąka, mleko, czasem trochę ziemniaków albo cebula.
Subskrybuj:
Posty (Atom)