środa, 20 marca 2013

Nauka rosyjskiego

Poza pomocą w gospodarstwie i przynoszeniem wody z rzeki, zarówno Janka jak i Basia, nadal nie miały zbyt wielu zajęć. Większość czasu spędzały więc z Piecią i innymi dziećmi z sąsiedztwa, śmiejąc się i rozmawiając. Obie znały coraz więcej rosyjskich słów, więc nic nie stało już na drodze do wspólnej zabawy. Piecia cierpliwie tłumaczył im wszystko czego nie rozumiały, a taka forma nauki bywała niezwykle emocjonująca i wesoła. Całymi dniami biegali po stepie albo wylegiwali się nad Irtyszem, a wieczorami słuchali opowieści i rozmów dorosłych. Czasami też, prosili panią Emilię, żeby poczytała im książkę. Siadali w trójkę na podłodze, wpatrywali się w panią Rożkową i z niesłabnącym zainteresowane po raz kolejny wysłuchiwali tej samej historii, tragicznej miłości młodej szlachcianki Salomei i rannego powstańca styczniowego, Józefa Odrowąża. Janka, za każdym razem, widziała przed oczami  bibliotekę pełną książek, która znajdowała się w ich poznańskim domu. Piękne okładki i złote litery na grzbietach tworzyły niezwykłą mozaikę i zachęcały do poznania treści zawartej wewnątrz. Tak bardzo żałowała, że nie wzięła ze sobą ani jednej. Tutaj nikt nie czytał książek. Nie było na to czasu ani pieniędzy, a wielu ludzi nie potrafiło nawet czytać. „Wierna rzeka” Żeromskiego, którą pani Rożkowa ukryła w swoim bagażu, była więc ich jedyna rozrywką. Wujek Józef dawał Jance czasami jakieś lokalne gazety do poczytania. Namawiał i zachęcał ją wciąż do nauki rosyjskiego. Mówił, że nie ważna jest treść, ale litery trzeba znać, bo to na pewno kiedyś jej się przyda. Na początku, na jakimś skrawku papieru wypisał jej cały rosyjski alfabet, a gdy już zaczęła rozpoznawać poszczególne bukwy dawał jej do czytania artykuły z "Prawdy" albo "Izwiestiji". Na początku te śmieszne symbole nie miały dla niej żadnego sensu. Ale z biegiem czasu zaczęły układać się w słowa i zdania. Po paru miesiącach już nie tylko czytała, ale i bez problemu porozumiewała się z miejscową ludnością. W przeciwieństwie do Reginy, która znała tylko kilka podstawowych zwrotów i ciągle myliła różne wyrazy, co doprowadzało czasem do zabawnych sytuacji.
Kiedyś chciała zapytać jakąś gospodynię czy jest u niej "mąka", ale wyszła z tego "męka" i w odpowiedzi usłyszała tylko długie westchnienie i słowa:
- No chwacit, chwacit...
Kiedy indziej, znowu, pytając o jakiś transport do Irtyszyska, pomyliła polską dorożkę, którą chciała tam dojechać z rosyjską darożką. Wywołując niemałe zdumienie u pytanego mężczyzny o jaki to dywanik jej chodzi.
Dlatego później, gdy Regina wybierała się na targ albo chciała wymienić jakieś rzeczy, zawsze zabierała ze sobą Jankę. Napawało to dziewczynkę nie małą dumą, bo przecież poniekąd od jej zdolności lingwistycznych zależała cena jaką mogły dostać za przyniesione na wymianę przedmioty.

poniedziałek, 18 marca 2013

Kozaczka dońska

Rosjanie dość chętne udzielali zesłańcom schronienia, ale nigdy nie robili tego za darmo. Ponieważ obrót gotówką w kołchozach prawie nie istniał, większość właścicieli mieszkań chętniej niż ruble przyjmowała inne dobra. Za dach nad głową płacona więc odzieżą, prześcieradłami, obrusami i drobnymi sprzętami przywiezionymi z Polski. Zazwyczaj jednak szybko kończyły się nie tylko zapasy, ale i zapotrzebowanie na to, co dana rodzina miała do zaoferowania. Pod koniec lata Rosjanka, u której mieszkali Nietupscy, miała już wszystko, co wśród ich bagaży przedstawiało dla niej jakąś wartość. Poza tym, po kilku miesiącach nieobecności, wrócił jej mąż, który nie ukrywał swojej niechęci do zesłańców i jasno dał do zrozumienia, że oczekuje iż wkrótce opuszczą jego dom. A ponieważ coraz częściej robił żonie z tego powodu awantury, kobieta uległa w końcu jego namowom. 
- Ja was nie wyrzucę – mówiła wyraźnie zażenowana do cioci Zosi – ale jak znajdziecie coś lepszego to się wyprowadzicie. 
Zaczęli więc chodzić po wsi i rozpytywać o nowe lokum. Upalne lato miało się już ku końcowi i wszyscy zaczynali przygotowania do długiej zimy. Mało kto kwapił się do tego, by przyjąć pod swój dach tyle dodatkowych gąb do wykarmienia. W końcu trafili do niedużego domku, stojącego nieco na uboczu wsi. Różnił się znacznie od gospodarstw, które wcześniej odwiedzali. Przede wszystkim cały zbudowany był z drewna i nawet dach pokryty miał drewnianym gontem. Wyglądał na zamożniejszy również z powodu bramy, która do niego prowadziła, zadbanego podwórza i przybudówki, w której mieszkały kury i jałówka. Zarówno Pieczierysk, jak i pobliskie Kaczory i Ośmiorysk były to wsie zasiedlone jeszcze w XVII wieku przez kozaków dońskich, którzy bardzo długo stanowili w Rosji carskiej znaczącą grupę etniczną i wojskową. Za swoje zasługi otrzymali niezależny region zwany Obwodem Wojska Dońskiego, który obejmował tereny na granicy z Persją i Imperium Osmańskim, na północ od Morza Azowskiego. W czasie rewolucji październikowej większość kozaków opowiedziała się po stronie cara i za to spotkały ich później liczne represje ze strony nowej, komunistycznej władzy. Ich autonomię zlikwidowano, ale mimo przesiedleń kozacy dońscy zachowali swoje tradycje. Ich potomkowie, w przeciwieństwie do Kazachów, którzy mieszkali głównie w ziemiankach, budowali domy drewniane, nawet jeśli budulec na nie musieli sprowadzać z daleka. Zawsze mieli w środku czyste drewniane podłogi, a nadproża drzwi i okien oraz belki stropowe często rzeźbili w misterne ornamenty. W gospodarstwie, do którego trafili Nietupscy mieszkała stara kozaczka dońska Amfisa z synami. Teraz był z nią tylko najmłodszy, Pieciu. Podrostek, kilka lat starszy od Janki. Drugi, Andriej był na służbie w wojsku, a najstarszy, stacjonował na Dalekim Wschodzie, we Władywostoku. Amfisa zaprosiła ich do środka i po krótkiej rozmowie zgodziła się przyjąć wszystkich pod swój dach. Była to kobieta w średnim wieku, ale z powodu jej siwych włosów i przygarbionej postury, dziewczynki wkrótce zaczęły nazywać ją Babcią.

piątek, 15 marca 2013

Irtysz

W lecie niemal całe życie koncentrowało się wokół Irtysza. Kobiety zanosiły tam wygotowaną w ługu bieliznę, bo woda z rzeki była lepsza do mycia i prania niż woda ze studni. Najpierw energicznie pocierały o pofałdowaną powierzchnię metalowej lub drewnianej tary, a później płukały w rzece. Większe i grubsze sztuki odzieży kładły na kamieniach i polewały wodą uderzając drewnianymi kijankami aż pozbyły się zabrudzeń. Młodsze dzieci taplały się w wodzie w pobliżu matek, a starsze pływały i nurkowały robiąc wokół straszny harmider. Miejscowi chłopcy wspinali się często na wysoki brzeg Irtysza, zrzucali ubrania i zupełnie nagusieńcy na łeb na szyję rzucali się do wody. Robili przy tym mnóstwo wrzasku i ochlapywali wszystkich w okolicy. Dziewczynki, chociaż ubrane dla przyzwoitości w długie koszule, nie pozostawały im dłużne. Janka także chciała brać udział w tych zabawach, ale Regina była temu początkowo przeciwna. Zgodziła się dopiero gdy wujek Józef obiecał nauczyć bratanicę pływać. Najpierw wyplótł z sitowia dwa małe pływaki, które miały jej pomóc utrzymać się na powierzchni. Później pokazał jej jak ma się poruszać. Janka wchodziła do rzeki w jednym miejscu, a później spływała z prądem w dół i wychodziła na brzeg kilkanaście metrów dalej. Wracała brzegiem do tego samego punktu i znowu płynęła z nurtem. Wszędzie tam, gdzie brzeg Irtysza był płaski, latem wyrastały długie grządki ogrodów warzywnych. Gdy przychodziły roztopy rzeka rozlewała się niczym morze, wszędzie tam, gdzie nie zatrzymywały jej wysokie skarpy. Ale gdy w czerwcu, ustępowała pod wpływem pierwszych upałów, pozostawiała połacie niezwykle żyznej gleby. Wtedy powstawały bachcze, czyli ogrody. Wytyczano grządki, a dzięki głębokim bruzdom w ziemi, w których zbierała się wilgoć, roślin nie trzeba było podlewać przez całe lato. Mieszkańcy kołchozów hodowali tam ziemniaki, ogórki i pomidory, ale też wspaniałe kawony, arbuzy, melony i dynie, które później dojrzewały w spiżarniach, najróżniejszych komórkach lub po prostu w domach pod łóżkami gospodarzy. Irtysz wyznaczał odwieczny rytm pór roku. Żywił ludzi i zwierzęta i pozwalał im przetrwać zarówno gorące lata jak i mroźne zimy. Między kwietniem a listopadem stawał się też ważnym traktem komunikacyjnym, którym pływały barki i statki pełne towarów i podróżnych. Bliskość rzeki sprawiała, że życie w tej niegościnnej krainie stawało się trochę bardziej znośne. Ogrody były jednym z niewielu miejsc, gdzie zesłańcy mogli znaleźć jakąś pracę. Ponieważ wiosna i lato były krótkie, a plony obfite, zawsze przydawały się dodatkowe ręce do pomocy przy pieleniu grządek i zbieraniu warzyw. Pielić trzeba też było pola pszenicy, bo w przeciwnym razie panoszyły się w nim krzewy dzikiego piołuny, który sprawiał, że mąka i wypiekany z niej chleb stawały się gorzkie.

czwartek, 14 marca 2013

Wędkowanie

Poza zapewnieniem sobie schronienia i miejsca do spania, najbardziej elementarnym warunkiem przetrwania na zesłaniu było zdobycie jedzenia. Przez pierwszych kilka miesięcy nie było to jeszcze trudne. Rosjanie chętnie wymieniali część swoich zapasów na nową garderobę, zegarki, czy biżuterię. A wkrótce po ich przybyciu, do Pieczieryska zaczęły przychodzić również paczki żywnościowe z Polski. Zofia i Regina także napisały listy do swoich rodzin i po kilku tygodniach przyszła do nich pierwsza zapieczętowana przesyłka z Białegostoku. W środku znaleźli mąkę, kaszę, cukier i trochę słoniny. Wszystkie listy z Polski były skrupulatnie cenzurowane, a paczki przeglądane, ale ku ich zdumieniu, za każdym razem gdy w środku znajdował się przekaz pieniężny jego wartość zgadzała się co do rubla. Przez kolejny rok, otrzymywali taką pomoc dość regularnie i dzięki temu na początku mogli się cieszyć nawet trzema posiłkami dziennie. Na śniadanie i kolację każdemu przysługiwał kubek mleka i kawałek chleba. Mleko kupowali od sąsiadki, która niedaleko domu miała bardzo głęboką ziemiankę. Była to właściwie szeroka studnia, do której schodziło się po bardzo wysokiej drabinie. Pod koniec zimy całe wnętrze wyłożono bryłami zlodowaciałego śniegu i przysypano słomą, dzięki czemu aż do końca lata utrzymywała się tam niską temperaturę. Wynoszone stamtąd mleko było zimne i orzeźwiające nawet podczas największych upałów. Na obiad zazwyczaj serwowano cienką zupę albo ziemniaki ze śmietaną. Latem, na pobliskim targu można było dostać trochę warzyw, głównie marchew, buraki i kapustę. Były też pieczarki, które dzieciaki chodziły zbierać w starych, rozwalających się chałupach. W niektórych miejscach na stepie rosły też dziko szczaw, cebula i czosnek stepowy, a w okolicy małych zagajników nad Irtyszem, tzw okołków, można było znaleźć dzikie poziomki, jagody i jeżyny. Było to ich najważniejsze źródło witamin chroniących przed szkorbutem i innymi dolegliwościami. Szczególnym dobrodziejstwem okazało się jednak sąsiedztwo rzeki. W Irtyszu aż roiło się od najrozmaitszych ryb, które mogły stać się najbardziej pożywnym dodatkiem do ich jadłospisu. Wujek Józef wystrugał więc długą wędkę i niemal codziennie rano zabierał niewielkie wiaderko i szedł na ryby. Mimo swojego wrodzonego roztargnienia i flegmatyzmu, który tak często wypominała mu żona, Józef Nietupski okazał się jednak świetnym wędkarzem. Co jakiś czas podrywał wędkę gwałtownie w górę i na brzegu lądowała kolejna mała rybka. Janka, która czasem mu towarzyszyła, nie miała do tego monotonnego zajęcia tyle cierpliwości. Przez jakiś czas wpatrywała się w podskakujący na wodzie spławik, zrobiony z kawałka suchego drewna, ale dość szybko przestawała myśleć o pływających pod powierzchnią rybach, a wracała pamięcią do różnych przyjemnych wspomnień sprzed wojny. Kiedy wiaderko zapełniło się przynajmniej do połowy, wujek bez słowa podnosił się i ruszał w kierunku wsi. Zazwyczaj taki połów ograniczał się do kilkunastu niewielkich rybek: płoci, karasi i ścierladzi, które wyglądały jak małe rekinki. Nie miały łusek ani ości tylko chropowatą skórę i cienki, kruchy kręgosłupek. To właśnie one najczęściej, ułożone w równych rządkach, piekły się wieczorem na rozgrzanej blasze. A kiedy już były dostatecznie przyrumieniły Regina albo ciocia Zosia wyjmowały je z pieca i sprawiedliwie rozdzielały wszystkim odpowiednie porcje. Rybki były chrupiące i nawet bez żadnych przypraw smakowały znakomicie. A ich ości były zazwyczaj tak delikatne, że można je było zjadać w całości. Czasami oprócz tej drobnicy trafiała się też jakaś większa sztuka. Irtysz pełen był tłustych okoni i jesiotrów o spiczastych nosach. A także szczupaków z ostrymi zębami i olbrzymich, podobnych do polskich sumów nalimów, które miały potężne, pasiaste cielska dochodzące nawet do półtora metra długości. Gdy wujek wracał do domu z taką zdobyczą szykowano prawdziwą ucztę, bo oprócz pożywnych filetów, pozostawało jeszcze na tyle dużo mięsa i innych resztek, by ugotować zupę rybną. Co prawda bez przypraw i rodzynek, ale za to tłustą i pożywną. Miejscowi nazywali ją ucha i także bardzo sobie chwalili. Janka nigdy wcześniej nie oprawiała ryby, ale dzięki wskazówkom wujka szybko nabrała wprawy w tym zajęciu. Każdą większą sztukę należało oskrobać z łusek, dobrze opłukać z rzecznego mułu, a później długim nożem rozciąć od ogona aż do głowy i wyciągnąć wnętrzności. Któregoś razu, gdy Janka rozpłatała pokaźnego szczupaka, ku swojemu wielkiemu zdumieniu znalazła w środku mniejszą rybkę, którą nieszczęśnik najwyraźniej połknął w całości krótko przed własną śmiercią. 
- Zobacz jaki był z niego łakomczuch - zaczął się śmiać wujek, widząc jej zdziwienie - właśnie spałaszował spory obiad, ale na naszego robaka i tak się skusił.

niedziela, 10 marca 2013

Dla Cioci Boby

Dla Cioci Boby, która była jedną z małych bohaterek mojej/niemojej opowieści. Tak mi przykro Ciociu, że nie zdążyłam... 

Te myśli zawsze wprawiały ją w ponury nastrój, ale nie potrafiła się od nich uwolnić. A im bardziej próbowała skupić się na czymś innym z tym większą intensywnością do niej wracały. Aż w końcu zasypiała zmęczona i smutna, łudząc się, że następnego dnia obudzi się w swoim łóżku, a cała ta straszna podróż i wygnanie okażą się tylko złym snem. Nic takiego się jednak nie stało i Janka, co rano przeżywała to samo rozczarowanie, budząc się głodna i niewyspana, na pokrytym starą słomą klepisku ich lepianki. Pewnego dnia jednak obudził ją jakiś hałas. Gdy otworzyła oczy okazało się, że wszyscy jeszcze śpią. Słyszała jednak wyraźnie gdzieś w pobliżu odgłos dziwnego szurania, który przed chwilą ją obudził. Uniosła się na łokciach, żeby przyjrzeć się dalszej części izby i prawie podskoczyła z zaskoczenia. Przez otwór w ścianie, który wcześniej był oknem, do wnętrza zaglądał nieduży włochaty pyszczek, który składał się głównie z ruchliwych nozdrzy. Dopiero, gdy ciekawski zwierzak, wyciągając mocno szyję, wsadził do środa całą swoją kosmatą głowę, Janka zorientowała się, że to młody wielbłąd. Nie odwracając głowy zaczęła szturchać śpiącą obok Baśkę. Po chwili obie siedziały już na podłodze obserwując wielbłąda z mieszaniną strachu i fascynacji. Choć Janka widziała już wcześniej te zwierzęta na obrazkach w książkach, to nigdy nie stanęła z nimi oko w oko. Teraz wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby dotknąć jego śmiesznego, sfilcowanego futra. Nie miała jednak na tyle odwagi, by tego spróbować. 
- Czy on chce nas ugryźć - spytała cicho Basia nie spuszczając wielbłądziej głowy z oczu. 
Jakby w odpowiedzi na to, wielbłąd poruszył szerokimi nozdrzami i pokazał żółte zęby. Przypominało to jednak bardziej uśmiech niż grymas złości. Potem głowa po prostu się wycofała i zniknęła. Obie dziewczynki rzuciły się do małego okienka, ale gdy przez nie wyjrzały zobaczyły tylko jak wielbłądziątko chwiejnym krokiem odchodzi w kierunku pasącej się w pobliżu matki. Wielbłądy dwugarbne, zwane baktrianami były na stepie hodowane głównie dla mleka, jako siła pociągowa oraz jako wierzchowce. Kazachowie jeździli na nich czasem nie używając nawet siodła. W przeciwieństwie do koni, wielbłądy są zwierzętami świetnie przystosowanymi do surowego klimatu stepowego. Potrafią wypić nawet 120 litrów wody za jednym razem, by później nie pić w ogóle nawet przez kilka dni. Żywią się przede wszystkim liśćmi i trawą, której na stepie jest pod dostatkiem. W ciągu następnych kilku lat Janka przywykła do ich widoku, ale to pierwsze spotkanie zapamiętała na długo.

wtorek, 4 września 2012

Nowe mieszkanie

W tym czasie wokół nich zebrały się już ciekawskie baby. Same były nędzarkami, ale wiedziały, że zesłańcy zawsze mają ładne ubrania i przedmioty, które będą musieli wymienić na jedzenie i mieszkanie. Syberia to kraina biedaków, którzy jedyne przedmioty zbytku jakie mogli posiąść uzyskiwali w handlu wymiennym od zesłańców. Syberia to chyba jedyne takie miejsce na świecie, gdzie już od wieków złoto i diamenty wymieniano na mleko i mąkę. Tutaj przelicznikiem wartości towarów jest jedynie głód i desperacka chęć przeżycia. Na początku zamieszkali u pewnej Rosjanki w niskiej ziemiance. Janka zauważyła, że wszystkie domki w okolicy mają ten sam brudno-szary kolor. Wkrótce miała się przekonać czemu go zawdzięczają. Ziemianki i półziemianki budowano tu z glinianych, ręcznie formowanych bloków, które układano jeden na drugim. Łączono je faszyną i żerdziami, a następnie oblepianą grubą warstwą gliny zmieszanej z łajnem i słomą. Dzięki temu glina nie kruszyła się i była bardziej wytrzymała. Podobnie formowano dach z łozy brzozowej albo drewnianych żerdzi oblepianych tą samą zaprawą i przysypywanych ziemią dla lepszej izolacji. Wewnątrz nie było podłogi, tylko gliniane klepisko. Na nim rozkładali na noc pościele. Było ich teraz sześcioro, bo już w Sanharze dołączyła do nich pani Emilia Rożek. Była to młoda, niespełna trzydziestoletnia kobieta. Drobna blondynka o miłej twarzy i spokojnym usposobieniu. Jej historia niewiele różniła się od historii innych zesłańców. Wyszła za mąż za policjanta, który na początku wojny trafił do niewoli radzieckiej. Od tego czasu nie miała z nim kontaktu. Aż pewnej nocy do jej drzwi zapukało NKWD. Kazali się pakować i o nic nie pytać. Nie miała dzieci, a od wyjazdu męża mieszkała sama, więc sama trafiła również tutaj. Szukała więc towarzystwa i opieki i znalazła się wśród rodziny Nietupskich. Pierwszej nocy zrobiło się strasznie gorąco. Wujek Józef wstał, aby otworzyć okno, ale okazało się to niemożliwe. Większość domów miała wprawdzie okna, ale były to przeważnie szybki wprawione w drewniane ramki wmurowane w ścianę. Bez klamek i możliwości otwierania. Kiedy latem robiło się już nieznośnie gorąco wykuwało się takie okienko, po to, by przed zimą znowu je wstawić i zamurować. Mimo zamkniętych okien insekty gryzły niemiłosiernie. A w lepiance były ich tysiące. Komary, pchły, wszy i pluskwy chowały się pod łóżkami, a w nocy zaczynały ucztę. Nie było na nie żadnego sposobu. W tym maleńkim domku zamieszkało więc dziewięć osób. W kuchni Rosjanka z dwójką dzieci, a w pokoiku wujostwo Nietupscy, Regina z Janką i Basią i pani Rożkowa. Leżąc tak w ścisku i oganiając się od komarów, Janka marzyła w nocy o swoim łóżku i pięknym domu, w którym mieszkali na Winogradach. W pokoju, który dzieliła z Basią oprócz szafy na ubrania, stał też mały bufecik, specjalnie dla nich zamówiony. A w nim same skarby: gry planszowe, klocki i serwis, który Janka dostała od cioci Zosi Radomskiej. Dwie małe filiżanki z podstawkami i dzbanuszek. W sam raz, żeby zaprosić przyjaciółkę na herbatę i ciasteczka. Ale tutaj nikt nie pijał herbaty z filiżanek. Po pierwsze dlatego, że nie było filiżanek, tylko drewniane albo metalowe kubki, znacznie bardziej praktyczne i wytrzymałe niż delikatna porcelana. A po drugie, herbata należała do dóbr luksusowych i mało kto mógł sobie na nią pozwolić.

niedziela, 15 lipca 2012

Z Sanharu dalej w step

W Sanharze przebywali tylko kilka tygodni. Prawdopodobnie ich komandir doszedł do wniosku, że nie potrzebuje na zimę tylu kobiet z dziećmi i starców. Naczelstwo nie przyznało mu materiałów na budowę domów dla nich. A nie mógł ich przecież zatrzymać w oborze, bo na jesień pastuchowie wracali z pastwisk ze stadami owiec. A owce dające mleko, wełnę i mięso były znacznie bardziej wartościowe niż gromada zesłańców, którzy do tego czasu i tak wyprzedaliby już pewnie cały swój marny dobytek, z którym tu przybyli. postanowił więc zawczasu pozbyć się problemu, a właściwie przekazać go komuś innemu. I tak, pod koniec maja, znowu przyjechał kordon ciężarówek i kazali się wszystkim pakować. Janka nie opuszczała Sanharu z żalem. Nie było tam niczego za czym mogłaby tęsknić. Śmierdząca obora, brudna lepianka i otaczająca zewsząd pustka stepu. Tym razem droga była dość długa. Jechali około dwustu kilometrów, ale stare, rozklekotane ciężarówki wlokły się po wyboistej, stepowej drodze niemal cały dzień. Mijali kilka wsi, ale pierwszą, w której się zatrzymali był Pieczierisk. Tutaj zostało kilkadziesiąt osób. Reszta pojechała dalej. Wysadzili ich na niedużym placu. Po jednej stronie stał dom naczelnika, a po drugiej wielka figura Lenina. Tym razem trafili na zielone świątki, zwiastujące początek wiosny. Mieszkańcy znowu gulali, pili wódkę, śpiewali i tańczyli na ulicy. I znowu odbyło się oficjalne "przywitanie". Naczelnik, lekko już podchmielony strasznie się przed nimi napuszył i wsadziwszy dłonie za pasek oznajmił, że tu mają się urządzać, bo tu już zostaną. Każdy ma sobie znaleźć dom, pracę i nie myśleć o tym, że kiedyś wrócą do Polski. Bo nie wrócą. Nigdy. Po tym krótkim wstępie wyraźnie zadowolony ze swojego przemówienia odwrócił się na pięcie i wrócił do biura.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Praca na zesłaniu

Już następnego dnia, na placu przed oborą,  urządzono zbiórkę, na której kierownik kołchozu w bardzo obrazowy sposób wyjaśnił im jak, od teraz, potoczy się ich egzystencja. Wyciągnął przed siebie dłoń wnętrzem do góry i powiedział, że prędzej mu tam włosy wyrosną niż oni wrócą do Polski. Później w krótkich słowach objaśnił na czym będą polegać ich obowiązki w kolektywnym gospodarstwie i zakończył maksymą, której słowa na zawsze wryły się w pamięć wszystkich zesłańców:
- I dobrze to zapamiętajcie Polaki. Tutaj kto nie rabotajet ten nie kuszajet.
Była to chyba najprostsza i najbardziej lapidarna zasada, która organizowała życie wszystkich obywateli tego wielomilionowego państwa, od Kamczatki aż po Baku i Taszkient.

Wszyscy, zdolni do jakiejkolwiek pracy, dorośli zostali przydzieleni do różnych prac na rzecz kołchozu. Mężczyznom w większości wyznaczono cięższe roboty budowlane, kobiety natomiast miały przygotować owczarnię na zimę. Należało przede wszystkim dokładnie oczyścić budynek i uszczelnić ściany gliną wymieszaną z krowim łajnem i słomą. Nie było wyboru. Na zmianę z parą wołów, kobiety miesiły stopami w wielkim dole glinę z odchodami, a później smarowały nią ściany. Ponieważ nie dostały żadnych narzędzi, Zosia i Regina owinęły, dla ochrony, dłonie jakimiś szmatami i cały dzień wcierały śmierdzącą maź w ściany obory razem z innymi Polkami. Dzieci, jako siła robocza nie przedstawiały zbyt dużej wartości i dlatego nikt się nimi specjalnie nie interesował. Mogły bez żadnego nadzoru poruszać się po terenie całego kołchozu. Janka z Basią chodziły więc bez celu między chałupami szukając sobie jakiegoś zajęcia. Trzymały się przeważnie blisko domu, bo bały się same zapuszczać w step, a nie miały na razie żadnego innego towarzystwa. Pozostałe polskie dzieci mieszkały w owczarni, a rosyjscy rówieśnicy ich nie rozumieli więc z początku nie chcieli się z nimi bawić.

Wieczorami, gdy po ciężkim dniu pracy Rosjanie pili wódkę, Polacy spotykali się w owczarni i odprawiali nabożeństwa majowe. Ktoś z kilku desek sklecił prowizoryczny ołtarzyk, ktoś inny przyniósł świeczkę albo małą lampkę oliwną. Z braku kapłana, spotkaniom tym przewodniczyła Zofia Nietupska, która mimowolnie stała się swego rodzaju duchowym przywódcą ich niewielkiej społeczności. W tych ciężkich chwilach wielu ludzi, właśnie w modlitwie, pokładało swoją ostatnią nadzieję na ocalenie i powrót do ojczyzny. Zbiorowe śpiewy i modlitwa scalały i solidaryzowały zesłańców. Były również jednym z nielicznych łączników ze światem tradycji, obyczajowości i kultury polskiej, z której tak brutalnie zostali wyrwani. Dlatego też, mimo bardzo skromnej oprawy, wieczorna msza była najbardziej uroczystym fragmentem każdego dnia. Były to również bardzo wzruszające chwile, gdy w brudnej, ciemnej oborze śpiewali pieśni religijne i odmawiali litanie do Matki Bożej prosząc o opiekę i ocalenie. Wszystko to działo się oczywiście wbrew zakazom i w obawie przed dalszymi represjami ze strony władz. W tym okresie kościół katolicki w Związku Radzieckim właściwie już nie istniał. Obowiązywały tu normy prawa karnego zabraniające kapłanom jakichkolwiek praktyk religijnych. Polityka antyreligijna rozwijała się nieprzerwanie już od czasów rewolucji bolszewickiej, skutecznie zniechęcając obywateli do jawnych przejawów pobożności. Mimo że w Kazachstanie mieszkali obok siebie katolicy, prawosławni i muzułmanie, nigdzie nie było żadnych domów modlitwy, a wszelkie religijne obrzędy odprawiano w tajemnicy, w prywatnych domach.

sobota, 7 lipca 2012

Sanhar

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu, 
Wóz nurza się w zieloność 
i jak łódka brodzi, 
Śród fali łąk szumiących, 
śród kwiatów powodzi, 
Omijam koralowe ostrowy burzanu 
Adam Mickiewicz, Stepy Akermańskie z Sonety Krymskie 


Rano przyjechały kolejne ciężarówki, do których wsiadali tylko wyczytani z listy. Na szczęście nie rozdzielono ich i całą rodziną wsiedli do ciężarówki. Samochód nie miał plandeki i podczas drogi strasznie nim trzęsło i kurzyło się z piaszczystej drogi, ale na szczęście było już ciepło. Zresztą nie jechali daleko. Zatrzymali się 45 km od Pawłodaru, w pustym stepie, gdzie nie było niczego poza dużym budynkiem owczarni i kilkoma mizernymi lepiankami. Sowchoz hodowlany Sanhar miał się stać teraz ich nowym domem. Janka przywykła już do widoku bezkresnego stepu widzianego przez szpary w deskach ich wagonu. Ale dopiero teraz poczuła jego ogrom. Bo w stepie wszystko jest ogromne. Ogromne i puste. Horyzont zagina się nieznacznie i to jedyny w tym miejscu dowód na kulistość ziemi. Bo poza tym jednym, delikatnym wybrzuszeniem wszystko inne jest tu całkowicie płaskie. Monotonii tego krajobrazu nie zakłóca ani sylwetka pojedynczego drzewa ani zarys miasta w oddali. W promieniu wielu kilometrów, nie było tam nic poza wyschniętą trawą. Janka mimowolnie cofnęła się i dotknęła ściany obory, jakby w jej cieniu czuła się bezpieczniej. bo w stepie było coś przyciągającego i przerażającego jednocześnie. Do Sanharu przyjechali pierwszego maja. Miejscowi świętowali Wielki Prażnik, czyli święto pracy. Z tej okazji dostali większy przydział wódki, więc wszyscy chodzili pijani. Chcieli zobaczyć wrogów narodu i polskich panów. Wyzyskiwaczy, o których huczała propaganda, ale widok brudnych i zaniedbanych kobiet z dziećmi musiał ich mocno rozczarować. Z zaciekawieniem patrzyli tylko na pakunki i tobołki, zwłaszcza kobiety, które liczyły na jakiś handel. Polaków zakwaterowano w owczarni. Nie było tam nawet podłogi, tylko brudne klepisko, nie mówiąc innych udogodnieniach. Cieszyli się tylko, że mają dach nad głową. Regina jednak spróbowała znaleźć coś lepszego. Wśród ludzi, którzy zgromadzili się wokół grupy Polaków, była też starsza kobieta. Coś w jej zachowaniu lub wyglądzie musiało zwrócić uwagę Reginy, bo podeszła do niej bez zastanowienia i pozdrowiła. A ponieważ nie znała rosyjskiego zrobiła to po polsku i niemiecku. i wtedy stała się rzecz niezwykła, bo staruszka nie tylko się uśmiechnęła, ale i odwzajemniła powitanie. Okazało się, że jest z pochodzenia Niemką, a jej rodzina trafiła na Syberię wiele lat temu. Kobieta była tak wzruszona, że może z kimś porozmawiać w swoim ojczystym języku, że bardzo szybko zgodziła się, aby Regina wraz z rodziną zamieszkała w jej domu. Była to niewielka lepianka z jedną izbą i kuchnią. Nie wiele miejsca dla tylu osób, ale Regina uznała, że to i tak lepsze niż mieszkać w oborze. Podtrzymywała swoje zdanie nawet kiedy rano wchodziła jej na głowę kaczka, która także rezydowała w ich kuchni, bo wysiadywała tam jaja.

poniedziałek, 21 maja 2012

Przystanek w Pawłodarze

Po siedemnastu dniach podróży pociąg zatrzymał się na stacji. Kiedy otwarto drzwi wagonu, na zewnątrz czekały już ciężarówki. Żołnierze poganiali ich okrzykami i kolbami karabinów. Kiedy paka zapełniona już była ludźmi i ich bagażami, ciężarówka ruszała, a na jej miejsce pod drzwi wagonu podjeżdżała kolejna. Janka trzymając się mocno burty ciężarówki patrzyła na miasto, w którym się znaleźli. Był to Pawłodar, miasto obwodowe w północno-wschodniej części Kazachstanu. Chociaż miasto wydało się wtedy Jance określeniem mocno na wyrost dla tej osady. Większość niewielkich domków usadowionych wzdłuż głównego traktu była gliniana, od czasu do czasu tylko trafiało się nieco większe, drewniane gospodarstwo. Jedynie szeroka droga, którą poruszał się konwój ciężarówek mogłaby sugerować istnienie jakiś planów urbanistycznych w tym miejscu. Mogłaby, gdyby była prawdziwą, asfaltową drogą, a nie piaszczystym szlakiem. Spod kół ciężarówek unosiła się gęsta chmura kurzu i pyłu, która przysłaniała niemal wszystko wokół. Nawet wytężając wzrok Janka nie mogła dostrzec niczego dalej za linią mizernych domków. A może po prostu niczego więcej tam nie było? W końcu dojechali na jakiś duży plac, gdzie na wysokich palach rozciągnięte były wojskowe plandeki. Tam kazali im czekać. Co jakiś czas przychodził enkawudzista i zaczynała się monotonna litania nazwisk. Każdy wyczytany musiał potwierdzić swoją obecność. W międzyczasie dowożono nowe transporty więźniów. Cały plac otoczony był kordonem uzbrojonych żołnierzy. Choć i tak mało prawdopodobne, żeby ktoś próbował uciekać. Bo i dokąd, skoro wszędzie wokół był tylko pusty step? Niektórzy przechadzali się po placu, ale większość zesłańców siedziała w niewielkich grupkach, wokół swoich tobołków, w obawie, aby nie stracić tych marnych resztek swojego dobytku. Janka z Basią także chciała się przejść, ale Regina kategorycznie im tego zabroniła. dziewczynki chodziły więc dookoła bagaży, zmieniając, co chwilę kierunek i lawirując między walizkami, a gdy i to im się znudziło przysiadły na ziemi i czekały. W końcu nastała noc, więc Regina rozwinęła jeden z tłumoków i rozłożyła im pościel na wieku największego kufra. Tak minęła ich pierwsza noc na zesłaniu, wciąż przerywana sprawdzaniem nazwisk i dokumentów.