W sierpniu w Kazachstanie zaczęli pojawiać się pierwsi uchodźcy
ewakuowani z terenów zajętych przez Niemców. Były to przeważnie rodziny
oficerów i ważniejszych urzędników z Kijowa, Smoleńska i Stalingradu.
Kwaterowano ich w, już i tak przepełnionych, chatach miejscowych. Z tą
różnicą, że w przeciwieństwie do polskich zesłańców, ci nie musieli
nikomu płacić za mieszkanie. Dodatkowo z selsowietu otrzymywali
przydziały na kapustę, ziemniaki i chleb, czyli produkty, których tutaj
wszystkim brakowało. Nie przysporzyło im to więc sympatii wśród
miejscowej ludności, która z zawiścią patrzyła jak rozkradane są owoce
ich pracy. W tej sytuacji wytworzyła się jakaś dziwna symbioza i
wspólnota między Polakami a kołchoźnikami, którzy tych pierwszych
uznawali bardziej za "swoich" niż własnych krajanów przesiedlonych na te
tereny z powodu działań wojennych, ale uprzywilejowanych z powodu
koneksji rodzinnych.
Tymczasem rodzina Nietupskich postanowiła przenieść się do oddalonego o
kilkanaście kilometrów, położonego po drugiej stronie rzeki,
Irtyszyska. Dorośli uznali bowiem zgodnie, że w większym mieście łatwiej
będzie znaleźć pracę i mieszkanie. W dotychczasowym miejscu i tak nie
mogli dłużej zostać, ponieważ do Starej Marii przyjechała z
bombardowanego Leningradu, synowa z trójką dzieci. I znowu zrobiło się
zbyt ciasno.
Dlatego też pod koniec lipca, podczas jednej z wypraw do Irtyszyska,
Regina znalazła dla nich nowe lokum u młodej Rosjanki, której męża
właśnie powołano do wojska. Jak zwykle nie było to nic więcej ponad
skromną lepiankę, ale na podwórku znajdowała się głęboka studnia, dzięki
czemu dziewczynki nie musiały już nosić ciężkich wiader z wodą z rzeki.
Postanowiłam opowiedzieć historię sprzed ponad siedemdziesięciu lat głosem mojego pokolenia. Spisując ją oddaję to, co otrzymałam.
czwartek, 20 czerwca 2013
poniedziałek, 17 czerwca 2013
Wielka Wojna Ojczyźniana
Kiedy do Kazachstanu dotarły wiadomości o wybuchu wojny z Niemcami,
większość obywateli wydawała się wręcz zadowolona. Mimo ciągle
powtarzanych komunikatów radiowych o okrucieństwie i zdradzieckich
działaniach niedawnego sojusznika, nikt tu nie lamentował z tego powodu.
Szeptano nawet, że gdy zjawi się Niemiec to wreszcie będzie wszystkim
lepiej. Regina często słysząc takie rzeczy, studziła ten naiwny
optymizm. Zbyt dobrze pamiętała jeszcze czasy spędzone pod zaborami, by
równie łatwo dać się ponieść tej nowej idei. Rosjanie jednak nie dawali
wiary jej słowom i machali tylko ręką, gdy ich ostrzegała. Nikt tu nie
słyszał wcześniej określeń ubermenschen ani lebensram. Wszyscy natomiast
doskonale wiedzieli, co kryje się pod pojęciem Gławnoje Uprawlenie
Łagieriej. Wydawało się, że gorszej biedy i terroru niż władza
radziecka, nikt im zgotować nie może. A póki wojna toczyła się z dala od
ich domów, Hitler i jego faszyści, wydawali się mniejszym złem niż
grożący im łagrem za niewyrobione normy, naczelnik kołchozu.
Stalin natomiast wydawał się tak zdruzgotany tym podstępnym atakiem na
Związek Radziecki, że pierwszą odezwę do narodu wygłosił po niemal
trzech tygodniach od rozpoczęcia niemieckiego blitzkriegu. W tym czasie
Grupy Armii Północ feldmarszałka Leeba i Armii Środek feldmarszałka
Bocka zdążyły już wedrzeć się w głąb Rosji niszcząc i paląc wszystko na
swojej drodze. Świetnie uzbrojone jednostki niemieckie dziesiątkowały
zdezorientowane i pozbawione łączności oddziały radzieckie. A samoloty
Luftwaffe bombardowały Kijów, Mińsk, Kowno, a nawet Murmańsk i Odessę.
Linia obrony ustalona w pobliżu byłej granicy polsko-radzieckiej pękła
niemal równie szybko jak osławiona linia Maginota, którą Niemcy
przekroczyli kilkanaście miesięcy wcześniej zajmując Francję.
Niezwyciężona armia radziecka załamała się pod naporem i z dnia na dzień
ponosiła coraz większe straty.
Zimą 1941 roku sytuacja była już bardzo ciężka. Mimo że front był daleko
od stepów Kazachstanu, życie jego mieszkańców stało się bardzo trudno.
Brakowało żywności. Wielu Rosjan cierpiało taki sam głód jak polscy
zesłańcy, gdyż niemal wszystko co wytworzono w kołchozie, trafiało na
front. Ci którzy próbowali coś ukryć, choćby to było kilka zgniłych
ziemniaków, trafiali pod sąd i sądzono ich jako zdrajców. Coraz częściej
też przychodziły pochoronki, zawiadamiające o śmierci mężów, braci i
synów. Miejscowi mówili na nie listy-trumny, a listonosz który je
przynosił witany był w Pieczierysku z coraz większą niechęcią.
Paradoksalnie wybuch wojny Polakom na zesłaniu przyniósł poprawę ich
statusu. Nie tylko z powodu zawarcia układu Sikorski-Majski,
przywracającego stosunki dyplomatyczne między Polską a Związkiem
Radzieckim, ale przede wszystkim dlatego, że łatwiej było im odtąd
znaleźć pracę i coś kupić. Samym Rosjanom coraz gorzej się powodziło.
Wiele kobiet, których mężowie poszli na front, nie było w stanie
poradzić sobie z utrzymaniem gospodarstw. Dwa tygodnie po podpisaniu
traktatu ogłoszono dekret o amnestii dla wszystkich Polaków, którzy nie z
własnej woli znaleźli się na terenie Związku Radzieckiego. Oznaczało to
również, że zwolnieni z więzień i łagrów zostaną wszyscy polscy
żołnierze wzięci do niewoli we wrześniu '39 roku. Oznaczał nadzieję dla
rodzin takich jak rodzina Janki, że ich ojciec żyje i wkrótce je
odnajdzie.
W dniach, gdy one karmiły się tą nadzieją i z niecierpliwością
wyczekiwały dobrych wiadomości, wysłannik rządu polskiego, Józef Czapski
próbował ustalić los ponad ośmiu tysięcy polskich oficerów, a wśród
nich także kapitana Juliana Nietupskiego, po których ślad zaginął. Ale
jedyne, co usłyszał to, że wszyscy oni zbiegli i znajdują się
prawdopodobnie na terenie Mandżurii. Również w tym samym niemal czasie z
więzienia na Łubiance wypuszczono bez skarpetek, w koszuli i
kalesonach, niezwykle istotnego więźnia, któremu powierzono misję
utworzenia polskiej armii na terenie Związku Radzieckiego. Ponownie
otwarto ambasadę polską w Moskwie, a na początku 1942 roku wydano
zezwolenie na utworzenie dwudziestu jej delegatur. Ich pracownicy,
wybrani głównie spośród samych zesłańców mieli zająć się dostarczaniem
pomocy i rozdzielaniem darów dla najbardziej potrzebujących Polaków.
Wszyscy wiązali z traktatem wielkie nadzieje. Gdy tylko zaczęły
rozchodzić się pogłoski o formowaniu polskiego wojska pod dowództwem
generała Władysława Andersa, wielu Polaków ruszyło na jego poszukiwanie.
Rozpoczął się wielki eksodus tysięcy wyniszczonych, chorych i
zdesperowanych ludzi, którzy szukali drogi powrotnej do swojej utraconej
ojczyzny. Gdy tylko wiadomości te dotarły do Pieczieryska, Janka była
gotowa, by także wyjechać, ale matka jej to wyperswadowała. Nie miały
żadnych dokładniejszych informacji o tym, gdzie wojsko stacjonuje, gdyż
mimo oficjalnej dyrektywy Stalina w politbiurze Żelezince nikt nie umiał
albo nie chciał im w tej sprawie pomóc. Poza tym Regina obawiała się,
jak się później okazało słusznie, że w tak dużym skupisku ludzi trudno
będzie zdobyć coś do jedzenia. Tutaj miały dach nad głową i możliwość
zarobienia na chleb. Tam czekała je tylko niewiadoma. Janka długo nie
mogła pogodzić się z decyzją matki. Początkowo traktowała ją jak
odrzucenie jedynej szansy powrotu do domu. Po latach jednak uznała ją za
słuszną w tamtych warunkach. Zwłaszcza, że nie otrzymały żadnej
wiadomości od Juliana, podczas gdy niektórzy oficerowie wysyłali listy, a
nawet wojskowych gońców ze specjalnymi glejtami na przejazdy, po swoje
rodziny. Nie mogły też wiedzieć, że do jednego z punktów poboru zgłosił
się też mąż Basi Rybickiej, którego wypuszczono z jednego z łagrów na
Kołymie. Wiedział on o wywiezieniu rodziny Nietupskich i od dawna
próbował ich odnaleźć poprzez Czerwony Krzyż, niestety bezskutecznie.
środa, 12 czerwca 2013
Droga na targ
Ponieważ ich zasoby
materialne bardzo szybko się kończyły, na wiosnę Regina zaczęła szukać pracy.
Na żadną stałą posadę nie mogła tu liczyć. A już na pewno nie na taką, która
byłaby choć trochę związana z jej wykształceniem. W Pieczierysku nikt bowiem nie
słyszał o kapeluszach z woalkami i batikach. Rosjanki jednak często
potrzebowały pomocy w gospodarstwie i ogrodach nad Irtyszem. Regina zabierała
więc Jankę i szły sprzątać, pielić i oporządzać krowy. Nie dostawały za to
przeważnie pieniędzy, tylko trochę mąki, mleka albo innych produktów
żywnościowych.
Czasami Regina jechała z
Józefem do Irtyszyska, bo w większym miasteczku znacznie łatwiej było dostać
coś do jedzenia albo coś sprzedać. Wcześniej było to niemożliwe, bo nie wolno
było zesłańcom opszczać miejsca zamieszkania bez specjalnego zezwolenia.
Dopiero od 1941 roku pozwolono im przemieszczać się w obrębie obłastii. Oznaczało
to, że mogli teraz bez przeszkód udać się na targ do Irtyszyska. Były jednak tylko
dwa sposoby, aby przeprawić się na drugą stronę rzeki. Jednym z nich była
przeprawa promem, który cumował mniej więcej pięć kilometrów w dół rzeki, tam gdzie
kończyły się tereny zalewowe i koryto było dostatecznie głębokie. Drugim - rybackie
łodzie, o dostatecznie płaskim dnie, żeby mogły wpływać nawet na mieliznę. Miejscowe
kobiety, które jeździły na bazar z wielkimi koszami warzyw, jaj, serów i innych
wyrobów, najczęściej przeprawiały się na drugą stronę właśnie tymi niewielkimi dłubankami.
Było to rozwiązanie z pewnością szybsze, ale znacznie bardziej niebezpieczne.
Któregoś razu, Regina z Józefem również postanowili spróbować tego transportu.
Gdy wsiadali, łódka była już tak pełna ludzi i towarów, że krawędź burty tylko
nieznacznie wystawała ponad lustro wody. Wkrótce okazało się też, że nie jest
zbyt szczelna i całą drogę trzeba było z niej wylewać wodę. Regina, która nie
potrafiła pływać i panicznie bała się utonięcia, przez całą drogę ściskała
ramię Józefa i przysięgała, że nigdy już do takiej łupinki nie wsiądzie. Na
szczęście udało im się szczęśliwie dotrzeć do drugiego brzegu. Wrócili już
jednak promem, który mimo że był równie wysłużony, przez swoją masę i grubą
stalową linę, wzdłuż której się poruszał, sprawiał mimo wszystko wrażenie bardziej
stabilnego i bezpiecznego.
Janka również wybrała się
kiedyś z wujkiem na targ. Było już prawie lato więc szła całą drogę na bosaka,
żeby nie zniszczyć sobie butów. W tamtym klimacie, gdzie większość ludzi o tej
porze roku chodziła na bosaka, nie było w tym nic dziwnego. Widocznie jednak
stopy dziewczynki jeszcze się nie przystosowały do lokalnych zwyczajów, bo po
kilku kilometrach marszu tak sobie odbiła pięty, że całą drogę powrotna musiała
pokonać idąc na palcach, jęcząc i pochlipując, gdy boląca część stopy dotykała
ziemi. Na szczęście wujek miał jeszcze jakieś zapasy w swojej felczerskiej
torbie i gdy tylko wrócili do domu, zrobił jej kojący okład na nogi.
sobota, 8 czerwca 2013
Wiosenne zmiany
Razem z wiosną zaszły też diametralne zmiany w ich małej domowej
społeczności. Gdy tylko zrobiło się ciepło Andriej się ożenił i
przyprowadził do Amfisy swoją młodą żonę. Zdaje się, że najbardziej
dotknęło to Basię, której przestał poświęcać tyle uwagi, co wcześniej.
Na szczęście było już na tyle ciepło, że dzieciaki mogły znowu spędzać
całe dnie poza domem, więc wkrótce Basia znalazła nowych towarzyszy
zabaw. I niechętnie wracała do ciemnego, zatęchłego pokoiku, w którym
wszyscy mieszkali. Zresztą teraz w ich małym domku zrobiło się tak
ciasno, że nie sposób się było pomieścić. W końcu więc, Amfisa, w
rozmowie z ciocią Zosią i Reginą poprosiła, żeby poszukali innego domu.
Polubiła ich bardzo i nie chciała wyrzucać, ale nie miała innego
wyjścia.
Wkrótce zamieszkali w innym drewnianym domu u trzech Marii. Matkę
wszyscy nazywali Starą Marią, a jej dwie córki dla odróżnienia Maszą i
Marusią.
Ich dom wydawał się równie zadbany jak Amfisy, ale już wkrótce okazało
się, że są tam jeszcze dodatkowi lokatorzy w postaci całej kolonii
pluskiew. Pewnego wieczoru Janka polując na insekty zauważyła, że część z
nich znika w szparze pod oknem. Wzięła nieduży patyk i wcisnęła go
głęboko w szczelinę, żeby wypłoszyć owady. Zamiast tego jednak odłupała
kawał tynku, pod którym ukazał się fragment drewnianej ściany całkowicie
pokryty odwłokami pluskiew. Janka odskoczyła z okrzykiem obrzydzenia, a
pluskwy rozbiegły się po pokoju. Janka razem z Basią waliły butami
gdzie popadnie, a wkrótce do tej wojny przyłączyli się także dorośli.
Opukiwali wszystkie ściany siejąc zamęt wśród pluskiew i demolując
pokój. Kiedy skończyli mieszkanie wyglądało jak pobojowisko, a na
ścianach w kilku miejscach widać było znaczne ubytki tynku. Na szczęście
było to jedynie gliniaste błoto pomieszane z kiziakiem, więc następnego
dnia łatwo doprowadzili wszystko do porządku.
piątek, 7 czerwca 2013
Kry na Irtyszu
Na początku kwietnia zima wreszcie zaczęła ustępować. Wraz z nastaniem
cieplejszych dni zaczęły się roztopy. Janka nigdy wcześniej czegoś
takiego nie widziała. Wielkie połacie śniegu zaczęły z dnia na dzień
zamieniać się w błotniste bajorka. Woda, która nie mogła wsiąkać w
zmrożoną ziemię zbierała się w każdym, nawet najmniejszym zagłębieniu,
tworząc wszędzie kałuże i małe jeziorka. Już po tygodniu mieszkańcy
Pieczieryska musieli zacząć kopać rowy, żeby odprowadzić nadmiar wody
sprzed swoich domów. Ale prawdziwe widowisko działo się zupełnie gdzie
indziej. Przez całą zimę Irtysz był zamarznięty i pokryty grubą warstwą
śniegu. Dzięki temu, mogły tamtędy jeździć nawet karawany załadowanych
towarem samochodów ciężarowych. Gdy jednak śnieg stopniał przejazdy
takie robiły się zbyt niebezpieczne. Ciężarówki zmieniały trasę jadąc
kilkadziesiąt km dalej na południe, gdzie znajdował się najbliższy most,
a leżące po drugiej stronie rzeki miasto Irtyszysk na kilka tygodni był
odcięte od świata. Dopiero gdy cała kra spłynęła mógł zacząć znowu
kursować prom i małe rybackie łódki. Zanim to jednak nastąpiło, na rzece
rozpoczynał się istny wiosenny spektakl. Najpierw nad rzeką rozlegały
się huki, które przywodziły na myśl wystrzały armatnie. Płynąca pod
spodem woda kruszyła lód i wypychała go do góry piętrząc w olbrzymie
bloki, które zderzały się ze sobą tworząc ciągle nowe bryły i formacje.
Janka, razem z innymi dzieciakami biegała niemal codziennie nad rzekę
obserwować płynące kry. Niektóre z nich, były wysokie jak domy, inne
wystrzelały w górę ostrymi szpicami , a jeszcze inne wyglądały jak wraki
tonących okrętów.
Z dnia na dzień nurt był coraz silniejszy, a kry poruszały się coraz
szybciej. Pod koniec kwietnia były już całe popękane i poprzetykane
wąskimi kanalikami, w które wpływała woda. Gdy się zderzały i kruszyły,
wydawały dźwięk tłuczonego szkła.
A później, gdy pewnego przedpołudnia Janka przyszła nad rzekę, nie było
już ani jednej. Irtysz znowu był ciemny i milczący. Wszędzie tam, gdzie
brzeg był płaski, woda wgryzała się w ląd nawet na kilka kilometrów. Aż
po horyzont widać było tylko wystające z wody czubki niewysokich drzew i
powykręcane gałęzie krzaków. Taki stan wody utrzymywał się aż do końca
maja. A gdy woda zaczynała się cofać, pozostawiając żyzne mady, kobiety z
Pieczieryska szły wytyczać i obsiewać swoje ogrody.
piątek, 31 maja 2013
Wyprawa po tał
Pewnego dnia, gdy mróz nieco zelżał pojawił się Piecia z propozycją
nowej przygody.
- No malczuszki, diewuszki, dawaj pajdjom na tał.
Wiedziały już, że tał to cienkie gałązki krzewów, które zbierano na
opał. Ale skąd Piecia chciał je teraz wziąć, gdy wszystko znajdowało się
pod grubą warstwa śniegu?
Po owinięciu się w liczne warstwy szali, chust i grubych skarpet były
gotowe do wyjścia. Razem z grupką podrostków z sąsiedztwa poszli
wcześnie rano nad rzekę, gdzie wiatr odsłonił spod śniegu kępy
niewysokich krzewów. Niewielką siekierką wyrąbywali gałęzie i układali
je w duże wiązki, przewiązane sznurkiem. Gdy mieli ich już dostatecznie
dużo, każdy zabierał pęk i ruszał w kierunku wioski. Ponieważ gałęzie
były zbyt długie, by nieść je w rękach, należało opierając grubsze końce
na ramieniu, ciągnąć resztę za sobą. Zanim doszli z powrotem do domu
Janka była już nieźle zmęczona, ale i dumna z tego, że zebrała prawie
tyle samo chrustu co Piecia, mimo że był od niej prawie o głowę wyższy i
dużo silniejszy.
Rąbiąc później drewno na opał, Janka przypomniała sobie jak, w
Białymstoku wujek Józef, uczył ją piłować grube polana. Nie pozwalał jej
wtedy rąbać większych kawałków siekierą, bo uważał, że to za ciężka i
zbyt niebezpieczna praca dla dziewczynki. Teraz Janka mogła już tylko z
rozrzewnieniem wspominać tę jego troskę, bo tutaj szybko musiała się nie
tylko nauczyć rąbać siekierą, ale i dźwigać ciężkie polana. Chociaż i
tak najgorsze było noszenie wody z rzeki. Teraz na szczęście nie musiała
tego robić tak często, bo zamiast wody z rzeki topili śnieg, którego
było wszędzie wokół pod dostatkiem. Kłopot z noszeniem wody polegał
głównie na tym, że cała wieś leżała na bardzo wysokim brzegu. Żeby
dostać się do wody trzeba było albo schodzić śliską, stromą skarpą albo
chodzić daleko do położonych niżej mniejszych strumyków. Na początku
nosiła po jednym wiadrze, ale później ktoś jej pokazał jak zrobić z
długiego kija koromysło. Zakładało się ten drąg na kark, a na każdym
jego końcu zawieszało wiadro z wodą. Cała trudność polegała na tym, aby
podczas marszu wprawić oba wiadra w ruch przeciwstawny do ruchu ciała,
tak, aby zbytnio się nie przechylały i żeby wody z nich nie chlapała.
Dodatkowo w obu wiadrach musiało być ciągle tyle samo wody, bo inaczej,
człowiek przechylał się na jedną stronę jak ramię wagi i znowu wszystko
się wylewało. Z początku taki wyczyn jak pokonanie odcinka między rzeką a
wsią wydawał jej się zupełnie nierealny. Więc gdy w końcu wpadła w
odpowiedni rytm i udało jej się donieść do domu niemal całą zawartość
obu wiader, była z siebie niezwykle dumna.
Ale czasami patrzyła na swoje dłonie pokryte bąblami i odciskami i
zastanawiała się czy naprawdę należą do niej. Przypominała sobie różne
rzeczy, które robiła w Polsce i te wspomnienia wydawały jej się tak
odległe, że aż nierealne. Czy to możliwe, że nadal była tą samą
dziewczynką, która siedząc na huśtawce w ogrodzie marzyła o dalekich
podróżach?
poniedziałek, 20 maja 2013
Dawni przyjaciele
W długie zimowe wieczory, siedząc w nędznej chałupie Janka często
zastanawiała się, co w tej chwili robią jej koleżanki. Halinka
Onbahówna, która kilka lat przed wybuchem wojny wyjechała z rodzicami na
Śląsk, bo jej ojciec dostał tam wojskowe przeniesienie. Janka
Fikusówna, która mieszkała kilka domów dalej na Winogradach. Antek i
Krysia Ossowcy, którzy bawili się z nią w chowanego w ogrodzie. I jej
najlepsza przyjaciółka Terenia Gołębiewska, od której Janka nie miała
żadnej wiadomości odkąd wyjechała z Poznania. Mimo że te wspomnienia
napawały ją smutkiem, zawsze widziała w nich tylko uśmiechnięte twarze.
Tak jak gdyby nic się nie zmieniło. Te sama miejsca, ci sami ludzie i
tylko Janki brakowało wśród nich.
W okolicach lutego czy marca Jance szczególnie zaczęła doskwierać nuda.
Marzyła o tym, żeby wyjść na zewnątrz i pobawić się z innymi dziećmi,
ale wciąż było zbyt zimno, żeby mogła dłużej przebywać na dworze.
Pewnego dnia przyszedł wujek Józef i widząc jej zrezygnowanie zaczął ją
namawiać, żeby poszła nad rzekę, bo tam mnóstwo dzieci ślizga się po
zamarzniętym Irtyszu. Jance aż się oczy zaświeciły z podniecenia, ale
bardzo szybko przypomniała sobie swoje buty i ból zmarzniętych stóp za
każdym razem, gdy musiała wyjść na zewnątrz, Wujek jednak przekonał ją,
że jeśli pobiegnie szybko i nie będzie stała dłużej niż minutę w jednym
miejscu, to nogi z pewnością jej się rozgrzeją.
piątek, 17 maja 2013
Prażnik
Nawet się nie spostrzegli kiedy minął cały listopad i połowa grudnia.
Pewnego dnia pani Emilia napomknęła przy kolacji, że zbliżają się święta
Bożego Narodzenia i wywołało to prawdziwą burzę przy stole. Wszyscy
uznali zgodnie, że trzeba przygotować wieczerzę wigilijną. Każdy jednak
miał inny pomysł jak powinna wyglądać. Basia próbowała dowiedzieć się
czy będzie choinka i prezenty, ale starsza siostra ofuknęła ją ostro.
Kilka dni później wujek Józef wrócił z poczty taszcząc ze sobą sporą
paczkę. Był to prezent od ich rodziny z Wojszek. Wewnątrz, poza listem
pełnym życzeń i ciepłych słów, które miały dodać im otuchy był także
niewielki kawałek opłatka i sporo produktów żywnościowych, dzięki którym
panie przygotowały na Wigilię prawdziwą ucztę. Były kluski z makiem i
chleb ze smalcem, a zamiast prezentów szara przędza, z której Regina
zrobiła później na drutach skarpetki i rękawiczki. Niezwykle cennym
darem było też kilka kawałków szarego mydła, którego w postępowej Rosji
Radzieckiej nie można było uświadczyć prawie nigdy. Przed wieczerzą,
wujek Józef starannie podzielił opłatek na równe części i rozdzielił
między wszystkich domowników. Po jedzeniu wszyscy śpiewali kolędy
próbując wspólnie stworzyć choć namiastkę świątecznej atmosfery w tym
obcym, niegościnnym miejscu.
Kiedy zgasła lampka oliwna i wszyscy położyli się już spać, Janka leżała
bez ruchu na swoim posłaniu i wsłuchiwała się w ciche oddechy
otaczających ją ludzi. Długo jeszcze nie mogła zasnąć. Ciągle wracały do
niej obrazy, ostatnich szczęśliwych świąt spędzonych na Winogradach.
Przy zastawionym świątecznymi potrawami stole siedzieli rodzice, a Basia
wyciągała prezenty spod choinki i rozsupływała kolorowe wstążki.
Zdawało jej się, że widzi też siebie jak trzyma na kolanach swoją
ukochaną lalkę, Wandzię i podziwia jej piękne czarne loki. To był
prezent od cioci Zosi Radomskiej, która ze swojego obciętego warkocza
kazała perukarzowi wykonać nowe włosy dla lalki. Wcześniej sztuczne
włosy ciągle się plątały i mechliły, a teraz wreszcie Janka mogła ją
czesać do woli. Wandzia, jak co roku, dostała też zupełnie nowy strój,
uszyty przez mamę. Tym razem był to piękny kontusz obszyty złotym
kremerkiem, a do niego spódnica i falbaniasta halka. Na głowie miała
rogatywkę z kolorowym piórkiem i kokardy wplecione w warkocze.
Później obraz zaczął powoli zanikać i Janka zapadła w głęboki,
niespokojny sen.
Następnego dnia wszyscy się pochorowali i bez wyjątku cierpieli na
okropne dolegliwości żołądkowe. Po tak długim czasie kiepskiego i
jednostajnego jedzenia spożycie świątecznych przysmaków okazało się
fatalne w skutkach. Jednak, gdy tylko skończyło się dobre jedzenie,
skończyły się też problemy żołądkowe, co babcia Amfisa skwitowała ze
śmiechem:
- Nie ma się, co martwić. U nas tak już jest, że po każdym prażniku
sraczka.
wtorek, 14 maja 2013
Pierwsza zima
Po
krótkiej jesieni, szybko nastała mroźna zima, a wraz z nią potworne mrozy i
burze śnieżne, które czasami na kilka dni, paraliżowały życie w całej osadzie. Burany, jak nazywali je miejscowi,
nadchodziły gwałtownie i uderzały z taką siłą, że wydawało się, że zniszczą
wszystko na swojej drodze. Najpierw potężna chmura gdzieś w oddali przysłaniała
horyzont, a później ta ściana ciemności zbliżała się, z impetem waliła i
zasypywała wszystko szalejącym śniegiem. Janka nigdy wcześniej czegoś takiego
nie widziała. To nie były pojedyncze, wirujące na wietrze płatki śniegu, ale
zbita, zimna masa, która porywała wszystko niczym pędząca lawina. Człowiek,
który znalazł się nieopatrznie w centrum tego żywiołu, momentalnie tracił
orientację. Zdarzało się, że ludzie zamarzali kilka kroków od progu własnego
domu, nie wiedząc zupełnie gdzie się znajdują. Dlatego też, gdy na zewnątrz
szalał buran, nawet potrzeby fizjologiczne załatwiano wewnątrz chaty, a wodę do
mycia i gotowania wytapiano ze śniegu zgarniętego na progu. Drzwi we wszystkich
chałupach otwierały się do wewnątrz, aby zaspy po buranie nie zablokowały wyjścia.
A i tak zdarzało się, że nieraz ludzie musieli wychodzić przez okno, bo za
drzwiami mieli śnieżną ścianę. Zresztą śnieg, jak piasek, przemieszczany
wiatrem po stepie to w jednym miejscu tworzył wysokie hałdy, to znów gdzie
indziej odsłaniał nagą, spękaną od mrozu ziemię. Gdy tak siedzieli w zamknięciu
przez kilka dni, Janka wyobrażała sobie czasami, że wylądowali na bezludnej
wyspie, otoczonej zewsząd wodami oceanu albo, że śnieg zasypał cały świat i w
tej swojej małej drewnianej arce są jedynymi ocalałymi od zagłady ludźmi.
Pierwsza zima na zesłaniu
była dla wszystkich Polaków niezwykle trudna. Żadne z nich nie było
przygotowane na takie warunki. Nie mieli odpowiednich butów ani ubrań. W czasie
największych mrozów, które dochodziły nierzadko do minus czterdziestu stopni
Celsjusza miejscowa ludność zabezpieczała się przed zimnem zakładając grube
fufajki, watowane spodnie i specjalne buty, tak zwane pimy. Ich konstrukcja
była bardzo prosta: grube, filcowe walonki, które nierzadko, dla większej
izolacji, wypychano starymi gazetami. Zarówno kobiety jak i mężczyźni owijali
sobie szczelnie głowy chustami, tak, aby jak najmniej twarzy pozostawało
odkryte. Dopiero na to zakładali futrzane czapki uszanki.
Większość zesłańców nie
mogła sobie pozwolić choćby na część takiej garderoby. Nawet ci, uważający się
za szczęśliwców, którym udało się przywieźć z Polski futra i zimowe palta,
wkrótce odkryli jak niepraktyczne i bezużyteczne są te okrycia w warunkach
syberyjskich. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem wydawało się zakładać na
siebie jak najwięcej warstw odzieży, co jednak krępowało ruchy i sprawiało, że
ubrania niestety jeszcze szybciej się niszczyły. Ale największym problemem był
jednak brak odpowiedniego obuwia.
Na początku Janka wstydziła
się swoich gumowych łapci, które Regina kupiła jej jesienią w miejscowym
sklepiku i wysokich skarpet, uszytych z wełnianej sukienki. Nie chciała nigdzie
w nich chodzić, bo wyglądały okropnie, zwłaszcza w zestawieniu z ciągle jeszcze
eleganckim, granatowym płaszczykiem kupionym w Białymstoku. Szybko jednak zmieniła
zdania. Wystarczyło, że raz wyszła po wodę w swoich wiązanych bucikach, w
których przyjechała tu z Polski. Nie dość, że miały cieniutką podeszwę, to już
po kilku krokach Janka wpadła w jakąś zaspę i zimne bryłki śniegu od razu
wpadły jej za niską cholewkę. Zanim wróciła do domu palce u nóg tak jej
zmarzły, że ledwo mogła nimi poruszać. Przy tutejszych temperaturach nikt nie
zwracał uwagi na najnowsze trendy w modzie. Jedynym wyznacznikiem czy coś
nadaje się do ubrania czy nie było to jak długo człowiekowi nie jest w tym zimno.
Po tej lekcji Janka chętnie oddała by swój granatowy płaszczyk, trzewiki i
jeszcze inne ładne i niepraktyczne ubrania, za starą, zniszczoną kufajkę, w
której wyglądało się jak strach na wróble, ale w której było ciepło. Niestety
nigdzie już nie można ich było kupić.
W dodatku pewnego dnia, gdy
poszła po wodę tak sobie odmroziła twarz, że na policzkach, nosie i brodzie,
zrobiły jej się głębokie rany. Początkowo nic nie czuła, ale gdy wróciła do
domu najpierw zaczęła ją świerzbić skóra, a po chwili, gdy zaczęło jej wracać
krążenie wraz z nim pojawił się palący ból. Mimo maści przygotowanych przez
wujka, rany nie chciały się goić. Ropiały i odnawiały się za każdym razem, gdy
wychodziła na dwór. Po dwóch czy trzech miesiącach miała strupy grube na palec,
które nie chciały zniknąć aż do wiosny. Regina bała się, że zostaną jej
brzydkie blizny i będzie miała oszpeconą twarz, ale na szczęście tak się nie
stało. Od tego czasu jednak Janka zawsze już pamiętała, żeby szczelnie owijać głowę
chustką, zawsze gdy wychodziła z domu.
niedziela, 12 maja 2013
Syn z NKWD
Pewnego dnia, pod koniec jesieni, do ich drzwi zapukał młody mężczyzna.
Okazało się, że to Andriej, drugi syn Amfisy, który właśnie skończył
służbę wojskową. Był to młody chłopak z kędzierzawą czupryną czarnych
włosów i filuternym uśmiechem. Wydawało się, że nie jest w ogóle
zaskoczony widząc w domu matki tylu obcych ludzi.
Już od progu zaczął żartować i przekomarzać się z młodszym bratem, a po
chwili także z Janką i Basią.
Tego wieczoru Amfisa przygotowała wystawną kolację, na którą składały
się głównie ziemniaki i kwaśne mleko, ale przynajmniej w takiej ilości,
że wszyscy wreszcie czuli się syci.
Po kolacji, Andriej wyciągnął bałałajkę i zaczął grać jakąś wesołą
czastuszkę. A wtedy nagle Basia chwyciła się pod boki, ukłoniła i
zaczęła podskakiwać i kręcić w kółko w rytm muzyki i wystukiwanego przez
Andrieja rytmu. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Andriej zawołał do niej:
- No Basia! Idzi, spleszy, spleszy - zachęcając ją do dalszych podskoków
i przysiadów.
Od tej pory traktował jak młodszą siostrę. A Basia, która przedtem
często narzekała na nudę, znalazła wreszcie kompana do zabaw. Śpiewała
mu polskie piosenki, których nauczył ją ojciec albo wskakiwała znienacka
na plecy, a on udawał, że jest koniem i woził ją po całej izbie. Te ich
głośne zabawy i beztroska z jaką się im oddawali sprawiały, że także
Janka na chwilę zapominała o swojej tęsknocie za domem i ukochanym
ojcem.
Kilka tygodni po przybyciu Andreja, pojawili się kolejni goście.
Gdy Janka wróciła z Piecią z wycieczki nad rzekę, pierwszą osobą na
którą natknęła się w domu był oficer NKWD. Na jego widok poczuła zimny
dreszcz strachu i odruchowo cofnęła się krok do tyłu, wpadając na
idącego za nią Piecię. Spojrzała na niego zdezorientowana, ale chłopak
wyminął ją zwinnie i z uśmiechem na twarzy ruszył w kierunku
enkawudzisty. Dopiero po chwili dotarło do niej kim jest ich gość. O
najstarszym synu, Amfisa zawsze opowiadała, że służy w wojsku na
Dalekiej Północy. Nikt jednak nie przypuszczał, że chodzi o Narodnyj
Komissariat Wnutriennich Dieł, a więc główny organ sił bezpieczeństwa
ZSRR. Odważni żartowali czasem po kryjomu, że skrót NKWD oznacza: Nie
wiesz Kiedy Wrócisz do Domu. I było w tym sporo prawdy. Kiedy Aleksiej
był w pobliżu nawet Amfisa ograniczała swoje utyskiwania na temat władzy
radzieckiej i jej nieudolności w gospodarowaniu krajem. Mundur oficera
NKWD, zarówno dla zesłańców jak i obywateli Kraju Rad, był synonimem
przemożnego strachu. Mógł oznaczać więzienie, tortury, łagier, a często
po prostu śmierć. I dotyczył wszystkich bez wyjątku. Bezwzględna
indoktrynacja i zachęcanie do donosicielstwa, którym poddawano dzieci
już od najmłodszych lat, owocowały tym, że ludzie nie ufali już nie
tylko sąsiadom i znajomym, ale nierzadko nawet członkom własnej rodziny.
Do Pieczieryska Aleksiej przyjechał z żoną na urlop, ale podróż z
Władywostoku trwała tak długo, że już kilka dni po przyjeździe, musieli
się pakować i ruszać w drogę powrotną. Poza tym nie spodziewał się
takiego tłoku w domu matki i był wyraźnie niezadowolony, gdy Amfisa
kazała mu spać na podłodze.
- Jak to tak, żeby oficer i oficerowa spali na podłodze w takim ścisku -
utyskiwał.
Ale Amfisa ucinała wszystkie dyskusje
- Jakbyście tych biednych Polaków tylu nie przywozili to byś teraz nie
spał w ścisku. A pani oficerowa nie kniaziówna może leżeć na podłodze.
Ale mimo tej pozornej swobody i rodzinnej zażyłości, wszyscy odetchnęli z
ulgą dopiero po ich wyjeździe z Pieczieryska. Rozmowy w domu stały się
bardziej nieskrępowane i atmosfera rozluźniła się na powrót. Gdy
odjechali, Amfisa usiadła ciężko na małym zydelku w kuchni obok Zofii i
niemal z rozrzewnieniem zaczęła wspominać dawne czasy. Jak to, za cara,
Kozacy i Rosjanie mieli swoje pola, a Kazachowie stada owiec i
wielbłądów. Jak im niczego nie brakowało, bo towary płynęły przez step
ze wschodu na zachód i z powrotem.
- A teraz?! - oburzała się wskazując na swoje nędzne ubranie - Wyglądamy
wszyscy jak żebracy, bo nawet nie mamy z czego nowych ubrań uszyć. Wy
Polacy w końcu wrócicie do siebie, a my wszyscy tu pomrzemy i nic po nas
nie zostanie.
Pieczierysk był niewielką osadą i nie organizowano tam propagandowych
pogadanek ani spotkań z politrukami, ale za to wszyscy dorośli wzywani
byli dość systematycznie do naczelnika na tzw. spytki. Procedura ta
zawsze wyglądała tak samo. Z oddalonej o 20 km Żelezinki przyjeżdżał
oficer NKWD i tego samego dnia, późnym wieczorem należało się zgłosić do
selsowietu, na rozmowę z nim. Nie były to typowe przesłuchania i rzadko
używano podczas nich przemocy przeciwko wezwanym. Był to raczej rodzaj
nacisku psychicznego przez systematyczne nękanie i zadawanie wciąż tych
samych pytań. Regina do znudzenia musiała powtarzać kim jest, skąd
przyjechała, kim jest jej mąż i czy ma od niego jakieś wiadomości. Było
to o tyle irracjonalne, że wszystkie listy i tak były cenzurowane, więc
bez wiedzy władz, Regina nie mogła otrzymać żadnej wiadomości od Juliana
nawet, gdyby wiedział, gdzie jej szuka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)